wtorek, 28 lutego 2012

Permanentna dieta

Nikodem bardzo sobie wziął do serca przykazania Pani Doktor na temat ścisłej diety i pozostaje na niej do dzisiaj! W przedszkolu na każdą próbę namówienia Go na jakiś posiłek stwierdza kategorycznie i z wielką satysfakcją:
- Pani Doktor mi tego zabroniła jeść!!!
Teraz to dopiero ma wymówkę, żeby nic do gęby nie włożyć:) I nie pomagają tłumaczenia, że już przecież jest zdrowy, brzuszek go nie boli i może już zrezygnować z diety. Nie i  koniec!

Wczoraj wieczorem chyba już jednak trochę zgłodniał, bo na pytanie o jajecznicę, odparł po długim namyśle:
- Od jednego jajka chyba nie umrę. Możesz zrobić.
A dzisiaj zajada już drugiego "parówkowego potwora". Może Mu się w  końcu odwidzi:)

poniedziałek, 27 lutego 2012

Urząd Skarbowy działa błyskawicznie:)

W tym roku rozliczenie PIT-a wysłałam do Urzędu Skarbowego 17-go lutego. Dzisiaj wchodzę na konto, sprawdzam stan, a tu niespodzianka - zwrot podatku:) Zajęło im to równo 10 dni - jestem pod wielkim wrażeniem:) Bardzo pozytywnie mnie zaskoczyli w tym roku.
Będzie można trochę poszaleć na zakupach!

sobota, 25 lutego 2012

Król Julian rządzi:)))

Łupieże znowu katują "Pingwiny z Madagaskaru".


Stwierdzam kategorycznie, że Król Julian jest nieziemski i jedyny w swoim rodzaju. Jego głupawe teksty po prostu powalają. Przykłady:
  • Co to za jakieś obłąkańcze wrzaski są??? Nie mogę się przez nie skoncentrować na ideale, który sam ucieleśniam.
  • Każden jeden, kto ośmieli się tyknąć moją przepiękną stopę zostanie wygnany won z mojego królestwa.
  • Podoba mi się ta fajna gra. Rozkazuję, że my też będziemy w nią grać. Morris, zamów nam jakieś stroje. Najlepiej coś różowego z marszczonymi rękawkami, ale bez szaleństw. Wystarczy, żeby podkreślały moją męskość.
  • Mój śmiały plan, zgodnie z planem, poszedł zgodnie z planem.
  • Jak mam spożywać swoje królewskie śniadanie, kiedy moje szlachetne zmysły obraża śmierdzący smród ryb, które śmierdzą???
  • Aż mnie telepie z tej ekscytacji!
  • Królem będąc to mam taką władzę, że mogę rozkazać wszystkim duchom i straszydłom, żeby mi stąd won! 
  • Prędko Morris, uszczyp mnie, albo ugryź, albo trzaśnij w twarz i wychłoszcz zadek. 
  • Nadałem się poleconym ekspresem z opcją priorytet premium. Tak podróżują monarchowie! Kto chce dostąpić zaszczytu niesienia moich waliz?

Żłobek - plusy i ... plusy

Wychodzę z założenia, że o ile przedszkole jest niemalże niezbędne do prawidłowego rozwoju dziecka, o tyle żłobek już niekoniecznie.
Nikodem do żłobka nie uczęszczał. Lenkę już niestety z bólem serca i milionem obaw musiałam do tej placówki posłać. Oczywiście czułam się jak wyrodna matka porzucająca swoje dziecko na pastwę losu, niemniej jednak innego wyjścia nie było - trzeba było wracać do pracy.
Dzisiaj jestem zadowolona z tej decyzji, bo wyszła ona mojej Lence na zdrowie. Do żłobka trafiła trzy dni po swoich pierwszych urodzinach. Już po miesiącu uczęszczania zauważyłam, że bardzo Jej się tam podoba. Błyskawicznie opanowała trudną sztukę samodzielnego jedzenia, a w wieku 1,5 roku całkowicie pozbyła się pieluch:)
Żłobek dodał Jej pewności siebie, bo z natury jest bardzo wrażliwa i nieśmiała. Nawiązała pierwsze przyjaźnie i nauczyła się współdziałania i współżycia w grupie. Do dzisiaj rzewnie wspomina swoją ukochaną Ciocię Kingę i pierwszego narzeczonego - Łukasza (a potem jeszcze następnego - Igora).
Z perspektywy czasu stwierdzam, że żłobek pozwolił Jej dosyć łagodnie przejść do rzeczywistości przedszkolnej. Myślę, że byłoby Jej dużo trudniej oswoić się z przedszkolem, gdyby wcześniej nie chodziła do żłobka.
Przez dwa lata uczęszczania mojej pociechy do tej placówki nabrałam szacunku dla pracujących tam osób. Mając problemy z ogarnięciem dwójki dzieci, szczerze podziwiałam "Ciocie" śpiewająco radzące sobie z obsługą dwudziestki dzieci:) Nakarmienie, przebranie czy uśpienie tego całego towarzystwa musiało być niezłą sztuką!
Nie wiem, czy akurat w moim mieście żłobek jest tak wyjątkowy, niemniej jednak przez cały okres pobytu Lenki w tej placówce nie miałam żadnych zastrzeżeń. Dziecko było zadbane, najedzone, wyspane. Każdą nieprawidłowość w zachowaniu dziecka od razu zgłaszano mi telefonicznie - gorączka, ból brzucha, brak apetytu czy inne tego typu problemy.
Zarówno Lenka, jak i ja z rozrzewnieniem wspominamy naszą "żłobkową codzienność":)

Lenka odbiera Dyplom Ukończenia Żłobka

Wiosna nie chce do nas przyjść:(((

Za oknem szaro, buro, wietrznie i deszczowo. Wprawdzie śnieg już stopniał, ale wiosny ani widu, ani słychu:( Nieśmiałe słońce opornie przebija się przez deszczowe chmury. Dzień niby dłuższy, ale ciągle jeszcze ponuro na świecie:(
Nasz hiacynt, zapewne wyczuwając niesprzyjający klimat, robi straszne fochy i wcale nie chce zakwitnąć. Ociąga się strasznie pomimo wystawiania go na działanie tych pierwszych mizernych promieni słonecznych.
Ranyyyyy! Jak ja już nie mogę doczekać się na zieloną trawkę, pączkujący pod oknem bez, wschodzące tulipany, trochę ciepełka, dużo słoneczka i długie, coraz dłuższe dni. Nawet na ten śmierdzący pod balkonem jaśmin:)
Na szczęście - do wiosny już całkiem niedaleko:))) Jeszcze tylko kilka tygodni...


Memo

Przy okazji zakupu lekarstw dla Nikodema dostaliśmy w aptece karty MEMO (reklamówka do witamin dla dzieci). Od czwartku gramy w Memo średnio trzynaście tysięcy razy dziennie:)
Gra doskonale wszystkim znana - szukamy par takich samych obrazków. Nikodem wprawdzie strasznie oszukuje, bo już przy rozkładaniu kart stara się podejrzeć, gdzie którą kładzie, ale i tak zabawa jest przednia:)))
Obrazki są bardzo ładne, kolorowe. Przeważają zwierzątka, ale jest też rycerz, ciężarówka i autko. Do tego na każdej karcie jest literka - duża i mała - świetne narzędzie do nauki pisania i czytania. No i oczywiście gra doskonale ćwiczy pamięć i spostrzegawczość.


Jeżyk

Na stronie naszego przedszkola w końcu pojawiły się zdjęcia z Nikodemowych Jasełek połączonych z Dniem Babci i Dziadka (trochę się ociągali, ale to pewnie dlatego, że były ferie). Dziecię moje robiło w nich za jeżyka. Przebranie było przedszkolne:


piątek, 24 lutego 2012

Bajki na dobranoc - Kubuś Puchatek - rozdział IX

Rozdział IX, w którym Prosiaczek jest zewsząd otoczony wodą

Deszcz padał, padał bez końca. Prosiaczek myślał sobie, że nigdy, póki żyje, a miał już on lat bardzo dużo - może trzy, a może i cztery - że nigdy nie widział takiego deszczu. Dzień w dzień, dzień w dzień deszcz, deszcz i deszcz. "Gdybym przynajmniej - myślał wyglądając przez okno - był razem z Puchatkiem lub z Krzysiem, albo z Królikiem, miałbym towarzystwo przez cały ten czas i nie musiałbym sterczeć samotnie jak kołek i rozmyślać, kiedy nareszcie deszcz ustanie". I wyobrażał sobie, że jest razem z Puchatkiem i że mówi do niego: "Czy widziałeś kiedy taki deszcz, Puchatku?" A on by znów na to: "Ciekaw jestem, czy u Krzysia też tak pada". A Puchatek powiedziałby: "Mam wrażenie, że biedny Królik chyba już utonął". Byłoby rozkosznie tak rozmawiać i doprawdy było bardzo smutno nie mieć żadnych innych przeżyć niż potoki wody, zwłaszcza że tym przeżyciem nie można się było z nikim podzielić. Zresztą, było to naprawdę silne przeżycie. Małe, wyschłe rowki, w których Prosiaczek tak często gmerał, zmieniły się w całe potoki. Małe strumyki, przez które często przechodził w bród, stały się rzekami. A rzeka, na której urwistych brzegach nieraz bawił się wesoło, wystąpiła z koryta i rozlewała się tak szeroko na wszystkie strony, że Prosiaczek zaczynał się zastanawiać, czy nie zaleje ona niedługo jego własnego korytka.
- To jest trochę niemiłe - mówił do siebie - być Bardzo Małym Zwierzątkiem Zewsząd Otoczonym Wodą. Krzyś z Puchatkiem mogliby się ratować włażeniem na drzewa, Kangurzyca mogłaby się ratować skakaniem, Sowa - fruwaniem, Królik - zaryciem się w norę, Kłapouchy mógłby się ratować, dajmy na to, wydawaniem dzikiego ryku, aż nadeszłaby jakaś Pomoc. A ja co? Siedzę bezradny, zewsząd otoczony wodą i nic nie mogę zrobić.
Deszcz padał dalej i dalej, a woda każdego dnia wznosiła się coraz wyżej i wyżej, aż dosięgła prawie do okna Prosiaczka. A on, biedaczek, nic... "Weźmy takiego Puchatka - rozmyślał. - Nie ma on wiele rozumu, a nigdy mu się nic złego nie przytrafia. Robi rozmaite głupstwa i zawsze się z nich jakoś wykaraska. Albo weźmy Sowę. Sowa właściwie też nie ma wiele rozumu, ale za to jest uczona. Wiedziałaby, co robić, gdy jest się zewsząd otoczonym wodą. Albo na przykład Królik. Ten znów nie uczył się z książek, ale mimo to zawsze potrafi coś mądrego wymyślić. Albo Kangurzyca. Kangurzyca nie jest wprawdzie mądra, nie można tego o niej powiedzieć. Ale w tym wypadku tak bardzo troszczyłaby się o swoje Maleństwo, że bez namysłu zrobiłaby to, co należy. Albo weźmy jeszcze takiego Kłapouchego. Kłapouchy jest zawsze tak nieszczęśliwy, że wcale nie zwróciłby na to uwagi. Ale ciekaw jestem, co by zrobił Krzyś". Wtem przypomniał sobie, co Krzyś opowiadał mu o pewnym człowieku na bezludnej wyspie i jak ten człowiek napisał karteczkę, włożył ją do butelki i butelkę wrzucił do morza. I Prosiaczek pomyślał, że gdyby i on napisał coś podobnego i butelkę wrzucił do wody, to może ktoś by się zjawił i przyszedł mu z pomocą.
Odszedł od okna i zaczął przetrząsać całe mieszkanie, wszystko, czego jeszcze woda nie zalała. W końcu znalazł ołówek, kawałek suchego papieru i butelkę z korkiem. I napisał z jednej strony:
POMOCY!
PROSIACZEK (JA)
a z drugiej:
TO JA, PROSIACZEK, POMOCY, POMOCY!
Potem włożył kartkę do butelki, zakorkował ją tak mocno, jak tylko mógł, wychylił się przez okno tak daleko, jak tylko mógł, aby nie wypaść, i rzucił butelkę tak daleko, jak tylko mógł. Chlup! i po krótkiej chwili butelka zakołysała się na wodzie, a Prosiaczek patrzył, patrzył, jak ona sobie płynie, aż go oczy rozbolały od patrzenia. Chwilami zdawało mu się, że to naprawdę butelka, a chwilami - że to tylko zmarszczka na powierzchni wody, na którą spoglądał, a potem nagle uprzytomnił sobie, że już jej nigdy nie zobaczy i że zrobił wszystko, co mógł, aby się uratować.
"Więc teraz - pomyślał - kto inny będzie musiał coś zrobić i spodziewam się, że zrobi to prędko, bo jeśli nie, będę musiał pływać, a ja tego nie potrafię". Potem westchnął głęboko i powiedział: - Chciałbym, żeby tu był Puchatek. Byłoby nam raźniej we dwóch. 
Gdy deszcz zaczął padać, Puchatek spał. Deszcz padał, padał bez końca, a Puchatek spał, spał i spał. Miał strasznie męczący dzień. Pamiętał, że odkrył
Biegun Północny i tak był z tego dumny, że zapytał Krzysia, czy są na świecie jeszcze inne bieguny, które Miś o Bardzo Małym Rozumku mógłby jeszcze odkryć.
- Jest Biegun Południowy - odparł Krzyś - i jest chyba jeszcze Biegun Wschodni i Zachodni, choć ludzie nie lubią o nich mówić.
Puchatek był poruszony do głębi, gdy się o tym dowiedział, i oświadczył Krzysiowi, że oni obydwaj powinni wyruszyć na odkrycie Wschodniego Bieguna. Ale Krzyś miał całkiem co innego w głowie. Myślał o tym, co zrobić z Kangurzycą. Wobec tego Puchatek wyruszył sam na odkrycie Wschodniego Bieguna. Czy odkrył go, czy nie, tego już nie pamiętam. Wiem tylko, że gdy wrócił do domu, był tak zmęczony, że wśród kolacji, którą jadł trochę więcej niż pół godziny, zapadł w głęboki sen na swym krzesełku i spał, spał i spał. I przyśnił mu się sen. Śniło mu się, że był na Biegunie Wschodnim. Był to bardzo
zimny biegun, otoczony ze wszystkich stron najzimniejszym śniegiem i lodem, jaki tylko można sobie wyobrazić. Znalazł tam ul i wlazł do niego, żeby się w nim przespać. Ale ul był za mały i nie mieściły mu się w nim łapki. Wobec tego musiał je trzymać na zewnątrz. I przyszły Dzikie Łasiczki, takie jakie zamieszkują Biegun Wschodni, i wyskubały mu całe futerko z łapek, żeby zrobić gniazdko dla swoich młodych. Im bardziej go obskubywały, tym robiło mu się zimniej w łapki, aż nagle zbudził się i krzyknął: - Ojej, ratunku! - Bo oto siedział na krzesełku z nogami w wodzie, otoczony wodą dokoła. Z
pluskiem skoczył do drzwi i wyjrzał na dwór...
- O, to poważna sprawa - powiedział - muszę się jakoś ratować. Wziął więc największy garnek miodu, jaki miał, i wgramolił się z nim na najwyższą gałąź drzewa, tak aby woda nie mogła go dosięgnąć. A potem zlazł na dół i wrócił na swoją gałąź z drugim garnkiem miodu... i tak chodził parę razy, tam i z powrotem. A gdy wreszcie skończył swoje wędrówki, usiadł sobie na gałęzi, dyndając nogami, a obok niego stało dziesięć garnków miodu...
Nazajutrz siedział Puchatek na gałęzi dyndając nogami, a obok niego stały cztery garnczki miodu...
W dwa dni potem siedział sobie Puchatek na drzewie dyndając nogami, a obok niego stał jeden garnczek miodu...
W trzy dni potem siedział sobie Puchatek na drzewie... I właśnie trzeciego dnia rano przypłynęła do niego butelka Prosiaczka. I z radosnym okrzykiem: - Miód! - Puchatek skoczył do wody, złapał butelkę i wlazł z powrotem na drzewo.
- Masz ci los! - zawołał, gdy odkorkował butelkę. - Tyle chlapaniny na nic! Ale co tu robi ten skrawek papieru?
Wydobył go z butelki i obejrzał na wszystkie strony.
- Tu chyba jest jakaś wiadomość - mruknął do siebie - to pewne. A ta litera to jest P i ta też, i ta też, a P to pewnie znaczy Puchatek, czyli że jest to bardzo ważna wiadomość dla mnie, a ja nie mogę jej odczytać. Muszę pójść do Krzysia albo do Sowy, albo do Prosiaczka, bo oni są uczeni i umieją wyczytać
to, co tu jest napisane, to mi powiedzą, co ta wiadomość oznacza. Ale jak się do nich dostać? Nie umiem przecież pływać. Masz ci los! I nagle przyszła mu do głowy pewna myśl i sądzę, że jak na Misia o Bardzo Małym Rozumku była to bardzo Mądra myśl. Powiedział sobie w duchu: "Jeśli butelka potrafi pływać, to i garnek potrafi pływać i jeśli będzie to bardzo duży garnek, będę mógł na nim usiąść".
Więc wziął swój największy garnek i umocował na nim pokrywkę.
- Każdy statek jakoś się nazywa - powiedział. - Więc mój statek będzie się nazywał "Pływający Miś" - To mówiąc, puścił swój statek na wodę i sam wskoczył na niego. Przez krótką chwilę Puchatek i "Pływający Miś" nie wiedzieli całkiem na pewno, który z nich ma być na wierzchu, a który pod spodem,
i po wypróbowaniu kilku sposobów doszło do porozumienia między "Pływającym Misiem" pod spodem a Puchatkiem siedzącym okrakiem na wierzchu i wiosłującym jedną łapką.
Krzyś mieszkał na samym skraju Lasu. Deszcz padał, padał bez końca, ale woda nie mogła dosięgnąć jego domu. Było to nawet przyjemnie patrzeć z góry i widzieć tyle wody naokoło. A deszcz padał tak bardzo, że Krzyś przeważnie siedział w domu i myślał sobie o rozmaitych rzeczach. Co rano wychodził z
domu z parasolem i wtykał patyczek w miejsce, do którego dochodziła woda. I każdego następnego ranka wychodził i nie mógł już dojrzeć swego patyczka. Więc wtykał nowy patyczek, do którego teraz dochodziła woda, i znów wracał do domu. I każdego ranka miał krótszą drogę do przebycia do swego patyczka niż poprzedniego dnia. Aż wreszcie piątego dnia rano woda rozlana była dookolusieńka i Krzyś przekonał się, że po raz pierwszy w życiu jest na prawdziwej wyspie co było bardzo interesujące.
Zdarzyło się to właśnie tego samego ranka, gdy Sowa Przemądrzała przyfrunęła nad wodę, by powiedzieć "Jak się masz!" swemu przyjacielowi Krzysiowi.
- Powiedz, Sowo - powiedział Krzyś - czy to nie zabawne? Jestem na wyspie!
- Warunki atmosferyczne były ostatnio nader nie sprzyjające - rzekła Sowa.
- Co było?
- Deszcz padał - wyjaśniła Sowa.
- Tak - powiedział Krzyś - bardzo padał.
- Poziom wody osiągnął nie notowaną dotychczas wysokość.
- Co się stało?
- Wszędzie jest pełno wody - rzekła Sowa.
- Tak - zgodził się Krzyś - wszędzie.
- Jednak prognoza okazała się ostatnio bardziej sprzyjająca. Lada chwila...
- Czy widziałaś Puchatka?
- Nie. Lada chwila...
- Nie wiem, co się z nim dzieje - przerwał jej Krzyś. - Chyba nic mu nie grozi. Myślę, że Prosiaczek jest razem z nim. Jak sądzisz, Sowo, czy nic im nie zagraża?
- Sądzę, że nie. Lada chwila...
- Poleć i zobacz, Sowo. Bo Puchatek nie ma za wiele rozumu i może zrobić jakie głupstwo, a ja go tak bardzo kocham, Sowo. Rozumiesz?
- Tak jest - rzekła Sowa - już lecę. I wracam natychmiast. - I poleciała. Po krótkiej chwili już była z powrotem.
- Nie ma Puchatka - oznajmiła.
- Jak to: nie ma?
- Był, ale go nie ma. Siedział na gałęzi drzewa, wysoko nad swoim mieszkaniem, razem z dziesięcioma garnczkami miodu. Garnczki są, ale Puchatka nie ma.
- Ach, Puchatku, Puchatku! - zawołał Krzyś. - Gdzie jesteś?
- Tu jestem - odezwał się mrukliwy głos tuż za nim.
- Puchatku!
Padli sobie w objęcia.
- Jak się tu dostałeś? - spytał Krzyś, gdy mógł wreszcie wydobyć z siebie słowo.
- Na moim statku - odparł dumnie Puchatek. - Otrzymałem bardzo ważną wiadomość przysłaną mi w butelce. Ale skutkiem wody, która nalała mi się do oczu, nie mogłem jej odczytać. Więc przywożę ją do ciebie. Na moim statku. Z tymi dumnymi słowy wręczył Krzysiowi wiadomość.
- Ależ to od Prosiaczka! - zawołał Krzyś, gdy przeczytał kartkę.
- A czy nie ma tam czegoś o Puchatku? - spytał Miś, zaglądając mu przez ramię. Krzyś przeczytał na głos wiadomość.
- Czy te P to są prosiaczki? Bo ja myślałem, że to są puchatki.
- Musimy natychmiast iść mu na ratunek. Myślałem, że Prosiaczek jest razem z tobą, Puchatku! Sowo, czy mogłabyś wyratować go na własnym grzbiecie?
- Nie sądzę - odparła Sowa po głębokim namyśle. - Jest rzeczą wątpliwą, czy odpowiednie mięśnie grzbietowe...
- Więc może byś natychmiast pofrunęła i dała mu znać, że Ratunek Nadchodzi. A już my z Puchatkiem coś wymyślimy i przybędziemy, jak tylko się da najprędzej. Tylko już nie gadaj, Sowo, ale leć w te pędy.
I Sowa, wciąż myśląc, co by tu dało się jeszcze powiedzieć, pofrunęła.
- A teraz powiedz mi, Puchatku - rzekł Krzyś - gdzie jest twój statek?
- Powinienem był właściwie powiedzieć - tłumaczył Puchatek, gdy szli razem ku brzegowi wyspy - że to nie jest zwyczajny statek. Czasami jest to Statek, ale częściej jest to Katastrofa. To wszystko zależy.
- Zależy? Od czego?
- Zależy od tego, czy jestem na nim, czy pod nim.
- Ach, tak... A gdzie jest ten twój statek?
- Tutaj - odparł Puchatek wskazując dumnie na "Pływającego Misia".
Prawdę mówiąc, to Krzyś spodziewał się całkiem czego innego i im bardziej przyglądał mu się, tym bardziej myślał sobie, jak dzielnym i mądrym Misiem jest Kubuś Puchatek, i im bardziej się o tym przekonywał, tym skromniej Puchatek patrzył na koniuszek swego nosa i starał się udawać, że go
wcale nie ma.
- Ależ to za małe dla nas dwóch - powiedział Krzyś z żalem.
- Dla nas trzech, razem z Prosiaczkiem.
- Tym bardziej. Ach, Puchatku, co my teraz zrobimy? 
Wówczas miły Niedźwiadek, dzielny Miś, Kubuś Puchatek, nasz P. P. (Przyjaciel Prosiaczka), sympatyczny T. K. (Towarzysz Królika), poczciwy P. K. i Z.
O. (Pocieszyciel Kłapouchego i Znalazca Ogona), słowem, Puchatek we własnej osobie, powiedział coś tak mądrego, że Krzyś mógł tylko patrzeć na niego z otwartą buzią i szeroko otwartymi oczami, zastanawiając się nad tym, czy to naprawdę powiedział Miś o Bardzo Małym Rozumku, Kubuś Puchatek, którego znał i kochał od tak dawna.
- Możemy popłynąć na twoim parasolu - rzekł Puchatek.
- ?
- Możemy popłynąć na twoim parasolu - powtórzył Puchatek.
- ??
- Możemy popłynąć na twoim parasolu - powiedział jeszcze raz Puchatek.
- !!!
I nagle Krzyś zrozumiał, że jest to naprawdę możliwe. Otworzył swój parasol i wsadził go do wody szpicem na dół. Parasol pływał, lecz chybotał się na wodzie. Puchatek wlazł do środka. I już miał właśnie powiedzieć, że wszystko jest w porządku, gdy zauważył, że wcale tak nie jest. Gdyż po paru łykach wody, na które doprawdy wcale nie miał ochoty, podpłynął z powrotem do Krzysia. Potem, gdy obydwaj weszli do środka, parasol przestał się kiwać.
- Ten statek będzie się nazywał "Rozumek Puchatka" - oznajmił Krzyś. "Rozumek Puchatka" robiąc zręczny półobrót odbił od brzegu w kierunku południowo-zachodnim.
Możecie sobie wyobrazić radość Prosiaczka, gdy wreszcie statek ukazał się jego oczom. Później, po wielu latach, lubił sobie wspominać, jak to znajdował się w Bardzo Wielkim Niebezpieczeństwie podczas Straszliwej Powodzi, lecz jedyne niebezpieczeństwo, jakie mu naprawdę groziło, zdarzyło się w ostatniej godzinie jego oczekiwania, gdy Sowa, która właśnie przyfrunęła, usiadła na gałęzi drzewa nad jego mieszkaniem i aby mu dodać otuchy, opowiedziała bardzo długą historię o jakiejś ciotce, która raz przez pomyłkę wysiedziała jajko mewy, i ta historia ciągnęła się i ciągnęła, mniej więcej jak to zdanie,
aż Prosiaczek, który siedząc w oknie bez żadnej nadziei na ratunek, zasnął zrezygnowany i przechylony przez okno w dół zwisał na samych już tylko kopytkach i właśnie w tej chwili, na szczęście, nagły głośny pisk Sowy, który w rzeczywistości stanowił część opowiadanej przez Sowę historii i był właśnie
tym, co ciotka powiedziała, zbudził Prosiaczka, który akurat miał tylko tyle czasu, aby zdążyć cofnąć się w tył w bezpieczne miejsce i powiedzieć: "Ależ to bardzo ciekawe, a co ona na to?", gdy w końcu ujrzał - możecie sobie wyobrazić jego radość - poczciwy statek "Rozumek Puchatka" (Kapitan Krzyś; I oficer K. Puchatek) idący mu na ratunek...
A ponieważ jest to naprawdę koniec historii, a ja jestem bardzo zmęczony po tym ostatnim zdaniu, myślę, że tu się na chwilę zatrzymamy.
A. A. Milne

 

czwartek, 23 lutego 2012

Z ostatniej chwili - Matko Boska!

Łupieże bawią się w dom. Chyba szykuje się wyjazd na wakacje, bo namiętnie pakują plecaki. Co chwilę słyszę:
- Idę po łopatkę.
- Jeszcze okulary, masz okulary?
- Czapkę zapakuj.
- Ciężki naprawdę ten plecak.
W pewnym momencie daje się słyszeć pełen rozpaczy krzyk Nikodema:
- Matko Boska!!! Lenkaaaaaaaaaaaa!!! Zapomnieliśmy dzidziusia!
To się nazywa odpowiedzialne rodzicielstwo:)

Chyba jestem nienormalna ...

Od czasu, gdy urodziły się moje dzieci nieustannie mam wrażenie, że popadam w paranoję. Paranoja ta jest wprawdzie częściowo kontrolowana, niemniej jednak rozwija się wraz ze wzrostem moich łupieży. Jest to mianowicie nieustanny lęk o zdrowie i życie moich latorośli.
Paranoja przejawia się (między innymi) następująco:
  • Łupieże schodzą po schodach - w mojej głowie momentalnie pojawia się obraz dziecka spadającego z samego szczytu schodów i skręcającego kark,
  • Łupieże idą chodnikiem, zbliżamy się do ulicy - przed oczami od razu staje mi widok pędzącego samochodu i mojego dziecka wpadającego prosto pod jego koła, kurczowo trzymam potwory za ręce i z duszą na ramieniu przekraczam ulicę,
  • Łupieże się kąpią - jak durna kwoka siedzę pod wanną, pilnując, żeby jedno drugiego nie utopiło, żeby któreś nie zachłysnęło się wodą, żeby się nie poślizgnęło w wannie, żeby  Bóg wie co jeszcze nie...
  • Łupieże idą na plac zabaw - no to już w ogóle tragedia - karuzela kręci się za szybko, huśtawka buja się za wysoko, włażenie na drzewo niechybnie skończy się złamaniem nogi, albo czymś gorszym!
Po prostu obsesja. Całą siłą woli powstrzymuję się przed nieustannym strofowaniem i ostrzeganiem łupieży. Wiem, że muszę dać im swobodę, muszę pozwolić im poznawać świat, popełniać błędy i wyciągać konsekwencje z podejmowanych decyzji. Doskonale zdaję sobie z tego wszystkiego sprawę i walcząc zaciekle ze swoim instynktem kwoki, pozwalam im na to wszystko.
Oczywiście mam świadomość tego, że nie uchronię moich dzieci przed wszystkimi okropnościami tego świata i że z biegiem czasu będą potrzebowały coraz więcej swobody, ale nie jestem w stanie przestać myśleć o tych wszystkich zagrożeniach czyhających na moje dzieci. Przeraża mnie świadomość, że im więcej swobody, tym więcej zagrożeń i tym więcej moich zmartwień.
Wczoraj nie mogłam zasnąć, próbowałam się wyciszyć i przestać myśleć o wszystkim, zapomnieć i zasnąć. Jak za starych, dobrych czasów, kiedy człowiek nie martwił się niczym i za nic nie był odpowiedzialny:) Nic z tego! Uświadomiłam sobie, że odkąd na świat przyszły moje dzieci, wszystko się zmieniło, teraz już zawsze będę miała się o co martwić i sen z powiek spędzać mi będzie tysiąc dwieście problemów na dzień - brak apetytu,  nadmierny apetyt,  krzywy zgryz, krzywy kręgosłup, zbyt niska waga, płaskostopie, problemy w przedszkolu, problemy w szkole i tysiąc innych rzeczy. Zrozumiałam, że do końca życia nie uwolnię się od lęku o moje dzieci.

Łowiczanka

Wczoraj w przedszkolu łupieże dostały po takiej lalce - szmaciance - łowiczance:






Nikodemowi przypadła w udziale brunetka, a Lence - blondyna. W zasadzie nie wiem, czy są to Łowiczanki, w każdym bądź razie jakieś lalki w strojach ludowych.
Przedszkole moich łupieży brało udział w jakiejś akcji związanej z piciem mleka i w ramach tej akcji każde dziecko dostało takiego szmaciaka.
W związku z wczorajszą chorobą Nikodema nie do końca przyswoiłam informacje na temat tej akcji, więc z zasadzie nie za bardzo wiem, o co chodzi. W każdym bądź razie laleczki są bardzo ładne i sympatyczne:)

Ulubione filmy - zabawa

Oaza, autorka bloga zwyczajne zycie zaprosiła mnie do zabawy na temat ulubionych filmów, które zmieniły moje spojrzenie na życie:


 Zasady zabawy:





1. Po pierwsze:
"Polowanie na Czerwony Październik" - w zasadzie wolę książkę (jest genialna!), ale film też ujdzie.

Najnowsza, radziecka, atomowa łódź podwodna pod dowództwem asa marynarki wojennej ZSRR - Marko Ramiusa wychodzi w swój dziewiczy rejs. Nie umyka to uwadze służb wywiadowczych USA i Wielkiej Brytanii. Kiedy okręt obiera kurs na wody kontrolowane przez siły NATO, rozpoczyna się wyścig z czasem i gra nerwów. Sowieci chcą za wszelką cenę nie dopuścić do przechwycenia najnowszej łodzi przez przeciwników. Ramius zamierza zdezerterować i unicestwić tym samym zamiary swoich władz o posiadaniu broni tak groźnej jak Czerwony Październik.

 2. Po drugie:
Trylogia "Millennium" - "Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet", "Dziewczyna, która igrała z ogniem" i "Zamek z piasku, który runął" - Doskonałe, trzymające w napięciu kryminały.

Duński reżyser szwedzkiej trylogii Niels Arden Oplev dość sumiennie podszedł do materiału literackiego, silnie akcentując to, co w powieści najbardziej szokowało: odkrycie zła, sięgającego korzeniami nazistowskiej ideologii, mocno wpisanej w świadomość biznesowych elit szwedzkiego społeczeństwa.





3. Po trzecie:
"Wyspa dinozaura" - jedna z ulubionych bajek moich dzieci, które sama również bardzo chętnie oglądam:)

 Akcja filmu rozgrywa się na małej wulkanicznej wysepce leżącej na samym środku oceanu. To właśnie tu mieszka i pracuje uroczy, ale zwariowany Profesorek. Został wygnany na wyspę przez zarozumiałego króla Pomponiusza, który wraz z wiernym sługą Gładziem zamieszkuje w mrocznym zamczysku. Kiedy pewnego dnia Profesor postanawia założyć na wyspie szkołę, oprócz swojego zaadoptowanego syna ? Bartka przyjmuje do niej całą grupę nietypowych uczniów. Jest wśród nich pingwin Fraczek, który nie może nauczyć się, jak prawidłowo wymawiać spółgłoski oraz sympatyczny jaszczur Mundek, który najbardziej lubi wylegiwać się w znalezionej przez siebie muszli i rozmyślać. Jest też gapowaty Dziubas, który wciąż gubi piórka na skutek niezliczonych bliskich spotkań ze skałami i pniami drzew. Melancholijny lew morski Cienki najlepiej czuje się wygrzewając się na słońcu i śpiewając smutne ballady. Porządek (w dosłownym i przenośnym tego słowa znaczeniu) w całej tej menażerii stara się zaprowadzić zadziorna, a zarazem opiekuńcza świnka Frania. Życie beztrosko upływa im na codziennych obowiązkach, dziecinnych zabawach i igraszkach oraz na nauce ludzkiej mowy. Aż do momentu, kiedy fale nieoczekiwanie wyrzucają na brzeg tajemniczy lodowiec. W jego sercu ukryte jest prastare jajo, które mieszkańcy wyspy natychmiast otaczają troskliwą opieką. Po długich dniach starań wykluwa się z niego dziwaczne, zielone stworzenie: Dyzio, dinozaur prosto z epoki lodowcowej. 



4. Po czwarte: 
"Oszukać przeznaczenie" - wszystkie części.

Nieważne dokąd uciekniesz, nieważnie gdzie się schowasz... nie oszukasz śmierci.  Reguły tej gry znacie wszyscy. Dzięki metafizycznemu przeczuciu godnemu Kieślowskiego grupce przeciętniaków udaje się uniknąć śmierci w widowiskowej katastrofie. Czarny pan z kosą nie lubi jednak, gdy ktoś próbuje go oszukać. Metodycznie dobiera się więc do kolejnych ocalałych, na deser zostawiając sobie osobnika winnego całej tej zawierusze. W międzyczasie ktoś próbuje się wymigać od zejścia z ziemskiego padołu poprzez podstawienie na swoje miejsce innej duszyczki. Krwawa wyliczanka toczy się jednak nieubłaganie, a na kogo wypadnie, na tego bęc.



5. Po piąte: 
"Rejs" - absolutnie kultowy i absolutnie najlepszy film wszechczasów. Polska komedia z 1970r.

Utrzymana w groteskowym tonie eksperymentalna komedia satyryczna: akcję filmu stanowią improwizowane miniscenki, rejestrowane metodą paradokumentalną, rozgrywające się wśród pasażerów wiślanego statku. Na wycieczkowym statku wiślanym pojawia się gapowicz wzięty przez kapitana za instruktora kulturalno-oświatowego. Organizuje on zebrania, wybory rady rejsu, potem - gry i zabawy. Staje się wodzem, skupia wokół siebie oddane mu grono pasażerów, narzuca swą wolę innym, przygotowuje wielki bal na cześć kapitana z okazji zakończenia rejsu.
Do dalszej zabawy zapraszam:
pandzioszka
Zaradna Mama
porady-mamy
-khadija_
czarownica A.

Dopadło nas choróbsko:(((

Wczoraj koło południa dostałam w pracy telefon z przedszkola: Nikodem zasnął na stole, nad malowanką! Nie ma gorączki, wręcz przeciwnie, jest zimny jak lód, ale strasznie się poci! Wreszcie zrozumiałam pojęcie "zimne poty". Narzekał na ból brzucha, teraz śpi na fotelu i sprawia wrażenie, jakby stracił przytomność.
 Zimne poty oblały również mnie!!! Nikodem prawie nigdy nie choruje, to raczej Lenka dawała nam do wiwatu ciągłymi zapaleniami płuc rozwijającymi się błyskawicznie, praktycznie bez żadnych objawów.
 Natychmiast zadzwoniłam do Dziadka, żeby Go odebrał z przedszkola, następnie zadzwoniłam do przychodni, umówiłam się na wizytę - oczywiście, pierwszy wolny numerek godzina 16.10. Trudno, niech będzie. Zwolniłam się z pracy i pędem po Młodą do przedszkola i do Dziadka.
Kiedy weszłam, Nikodem spał. Wyglądał okropnie, na Jego widok serce mi prawie stanęło. Leżał płasko na plecach, ręce miał wyciągnięte wzdłuż ciała, nie poruszał się. Oddychał ciężko, był cały blady, pod oczami miał głębokie szare cienie, był przerażająco zimny i do tego mocno spocony. Nie mogłam Go dobudzić! Dziadek zastanawiał się nawet nad wezwaniem pogotowia.
W końcu trochę oprzytomniał i zażądał picia. Wypił duszkiem dwie szklanki mięty i powoli zaczął dochodzić do siebie. Zjadł nawet kisiel przygotowany przez Dziadka i kawałek suchego chleba. Ciągle narzekał na ból brzucha.
Pojechaliśmy do przychodni. Pani doktor stwierdziła, że to jakaś wirusowa żołądkówa, która musiała się zacząć ostrą kolką zwalającą z nóg. Dostał Debridat, probiotyk i przykazanie ścisłej diety. Ja dostałam zwolnienie do piątku.
Po powrocie do domu zjadł bułkę z masłem, jeszcze jeden kisiel, zażył lekarstwa i poszedł spać. Dzisiaj wstał o 6.20 i już jest lepiej. Mówi wprawdzie, że jeszcze boli Go brzuszek, ale wygląda zdecydowanie zdrowiej. Właśnie gotujemy rosołek.

wtorek, 21 lutego 2012

I znowu zebranie w przedszkolu

Właśnie wróciłam z zebrania z rodzicami - tym razem było to zebranie u Lenki,  w  grupie 3-latków. Jak zwykle nic ciekawego - godzina gadania o niczym. Generalnie Panie zadowolone z postępów dzieci, głównie w dziedzinie samoobsługi tzn. samodzielne jedzenie, ubieranie się itp.
Do końca lutego trzeba zanieść do przedszkola szczoteczkę i pastę do zębów, bo od marca maluchy zaczynają mycie zębów. Bardo dobrze, niech zaczynają.
Dostaliśmy do wglądu karty obserwacji dzieci: Lenka w zasadzie same plusy. Tylko z ubieraniem i rozbieraniem ma trochę problemów, ale nie wymagajmy za wiele od 3-latki.
W uwagach zapisano, że bardzo ładnie koloruje, nie wychodzi za linie i bardzo lubi wycinanki, chociaż z nożyczkami nie do końca sobie radzi. Poza tym lubi układać puzzle i nawlekać koraliki:)
Na koniec oczywiście obowiązkowo jeszcze kilka "dobrowolnych" składek i można było udać się do domu. Uffffff, nie cierpię tych zebrań!

niedziela, 19 lutego 2012

Trudna sztuka ubierania

Przeważnie sama szykuję łupieże do przedszkola. Zdarzyło się jednak kiedyś, że potomek mój musiał być wyekspediowany do przedszkola przez Tatusia. Przewidująca matka poprzedniego wieczoru naszykowała całą garderobę. Wszystko ładnie ułożone, wyprasowane, wymuskane, nic tylko odziewać Tyfusa.
Pełna niepokoju, jak też sobie poradzili, dzwonię do Tatusia z zapytaniem, czy wszystko w porządku? Jasne, że w porządku, dzieciak kompletnie ubrany pomaszerował do przedszkola. Uspokojona zdecydowanym potwierdzeniem mogłam spokojnie zająć się pracą zawodową.
Po południu, przybywszy po dziedzica do placówki oświatowo-wychowawczej spotkałam się z dziwnym spojrzeniem Wychowawczyni i pytaniem:
- Dlaczego Nikodem nie miał dzisiaj majtek???
Jak Rany Boskie! No właśnie - dlaczego???
Wracamy do domu. Tatuś zadowolony z siebie, dumny niczym paw, od progu pyta:
- No i jak? Poradziłem sobie, nie? A tak się bałaś, że Go nie ubiorę.
- Tak, świetnie sobie poradziłeś! Tylko dlaczego nie założyłeś Mu majtek?
- Majtek???
- Tak, majtek!
- Majtki nie były naszykowane.
Ręce mi po prostu opadły. Wszystko mi opadło.Czy to naprawdę tak trudno się domyślić, że dziecku, poza naszykowaną garderobą wierzchnią trzeba jeszcze założyć bieliznę??? Czy wszystko trzeba paluchem pokazać i wytłumaczyć, jak krowie na rowie? I weź tu kobieto zaufaj chłopu. Faceci to jakiś inny gatunek chyba jest.
Od tej pory dzieci do przedszkola zawsze ubieram sama! Mogę zapomnieć o spince do włosów, ale o majtkach nie zapominam nigdy:)

Bajki na dobranoc - Kubuś Puchatek - rozdział VIII

Rozdział VIII, w którym Krzyś staje na czele Przyprawy do Bieguna Północnego

Pewnego pięknego poranka Puchatek przydreptał na skraj Lasu, aby się przekonać, czy jego przyjaciel Krzyś interesuje się jeszcze trochę niedźwiadkami. Tego właśnie poranka przy śniadaniu (po prostu trochę marmolady lekko rozsmarowanej na plastrze czy dwóch miodu) Puchatek nagle ułożył nową piosenkę. Zaczynała się ona w ten sposób:
Hejże ha! Niech Kubuś żyje!
Gdy już ułożył tyle, poskrobał się za uchem i tak sobie powiedział: - Początek piosenki jest bardzo dobry, ale co będzie z drugą linijką? - Próbował śpiewać: Hejże ho! dwa czy trzy razy, ale jakoś nic nie pomagało: "Może będzie lepiej - pomyślał - jeśli zaśpiewam Hejże hi! Niech Kubuś żyje!"
I tak zaśpiewał, ale i z tego nic nie wyszło.
- W takim razie - powiedział - pierwszą linijkę zaśpiewam bardzo szybko dwa razy, a może wtedy druga, trzecia i czwarta wymyślą mi się same. Więc dalej:
Hejże ha! Niech Kubuś żyje!
Niechaj tyje, je i pije!
Czy przy środzie, czy przy wtorku
On w miodowym jest humorku.
I niewiele o co dba,
Gdy na nosie miodek ma!
Więc śpiewajcie wszyscy dzisiaj
Hymn na cześć Puchatka-Misia,
Który swe Conieco zje
Za godzinę lub za dwie!
Puchatkowi tak się podobała ta piosenka, że śpiewał ją przez całą drogę, aż zaszedł na skraj Lasu. "I jeśli ją jeszcze parę razy prześpiewam - tak sobie pomyślał - będzie już czas na moje małe Conieco, a wtedy ostatnia linijka nie będzie prawdziwa". Wobec tego zastąpił ją cichym mruczeniem.
Tymczasem Krzyś siedział przed swoim domkiem i wciągał na nogi wysokie buty. Gdy tylko Puchatek ujrzał wysokie buty, wiedział, że zanosi się na daleką Wyprawę, więc grzbietem łapki starł resztę miodu z koniuszka nosa i otrzepał się starannie, żeby wyglądać jak ktoś przygotowany na wszystko.
- Dzień dobry, Krzysiu! - zawołał.
- Jak się masz, Puchatku! Nie mogę wciągnąć tego buta.
- To niedobrze - powiedział Puchatek.
- Może będziesz tak dobry i podeprzesz mnie plecami, bo kiedy tak mocno ciągnę i ciągnę, przewracam się za każdym razem.
Puchatek usiadł, wbił tylne łapki mocno w ziemię i z całych sił napierał grzbietem na plecy Krzysia, a Krzyś pchał plecami grzbiet Puchatka i wciągał swój wysoki but, aż go w końcu wciągnął.
- No, nareszcie - odsapnął Puchatek. - A co teraz będzie?
- Wyruszamy wszyscy na Wyprawę - odparł Krzyś wstając i otrzepując się z piasku.
- Dziękuję ci, Puchatku.
- Wyruszamy wszyscy na przyprawę? - spytał Puchatek z przejęciem. - Nigdy jeszcze nie byłem na żadnej przyprawie.
- Wyprawie, głupi Misiu! To się zaczyna na W.
- Wiem, wiem - rzekł Puchatek. Ale, prawdę mówiąc, to nie wiedział.
- Wyruszamy na odkrycie Bieguna Północnego.
- O - powiedział Puchatek. - A co to jest Biegun Północny?
- To jest coś, co się odkrywa - rzekł Krzyś wymijająco, ale sam nie był pewien, co to znaczy.
- Aha, rozumiem - odpowiedział Puchatek. - A czy niedźwiadki nadają się do tego?
- Naturalnie. I Królik, i Kangurzyca, i wszyscy. I to jest Wyprawa. To właśnie to oznacza. Tacy różni, co idą. A ty byś lepiej zrobił, gdybyś wszystkim dał znać, żeby się przygotowali. A ja sprawdzę, czy moje fuzje są w porządku. Musimy z sobą zabrać Prowianty.
- Co zabrać?
- Rozmaite rzeczy do jedzenia.
- Ach! - zawołał Puchatek uszczęśliwiony. - Myślałem, że powiedziałeś Prowianty. Więc idę i wszystkich zawiadomię. - I poszedł.
Pierwszą osobą, którą spotkał, był Królik.
- Jak się masz, Króliku - powiedział - czy to ty?
- Przypuśćmy, że to nie ja, tylko kto inny - odpowiedział Królik - i co wtedy?
- Mam wiadomość dla Królika.
- Powiedz, to mu powtórzę.
- Idziemy wszyscy na Przyprawę z Krzysiem.
- A co to jest to, na czym będziemy?
- Myślę, że to rodzaj statku - rzekł Puchatek.
- Aha! Rodzaj statku!
- Tak. I odkryjemy Biegun czy coś takiego. Nie wiem dobrze, co to jest, ale mamy to odkryć.
- My? My?
- Tak. I mamy zabrać ze sobą rozmaite Pro-rzeczy do jedzenia na wypadek, gdybyśmy je chcieli zjeść. A teraz idę do Prosiaczka. A ty zawiadom Kangurzycę, dobrze? Pożegnał Królika i poszedł do Prosiaczka.
Prosiaczek siedział na ziemi pode drzwiami swego domu i dmuchał w puszysty mlecz, z którego wróżył sobie, czy to się stanie w tym roku, czy w przyszłym, czy kiedyś, czy nigdy. Dowiedział się właśnie, że nigdy, i starał się przypomnieć sobie, co miało "to" oznaczać, i miał nadzieję, że to nie było nic przyjemnego, gdy nadszedł Puchatek.
- Prosiaczku - powiedział z ożywieniem - idziemy na Przyprawę, wszyscy, ile nas jest, z rozmaitymi rzeczami do jedzenia. Żeby coś odkryć.
- A co odkryć? - zaniepokoił się Prosiaczek.
- Ach, cokolwiek.
- Może coś dzikiego?
- Krzyś nic nie mówił o dzikości. Powiedział tylko, że to się zaczyna na W. Po chwili wszyscy stali już na skraju Lasu gotowi do drogi i Przyprawa ruszyła. Przodem szedł Krzyś z Królikiem, za nimi Puchatek z Prosiaczkiem, a potem Kangurzyca z Maleństwem w kieszeni i Sowa Przemądrzała. Potem Kłapouchy. A na samym końcu szli długim szeregiem wszyscy krewni-i-znajomi Królika.
- Ja ich nie prosiłem - mówił Królik z lekceważeniem w głosie. - Oni przyszli sami. Oni tak zawsze. Niech sobie idą na końcu za Kłapouchym.
- Moim zdaniem - mówił Kłapouchy - to wszystko nie ma sensu. Ja wcale nie chciałem pójść na tę Przy... - jak to Puchatek powiedział. Poszedłem tylko przez grzeczność. Ale trudno, stało się. A jeżeli jestem szarym końcem tej waszej Przy... - jak to się nazywa - to pozwólcie mi być tym szarym
końcem. Ale jeśli za każdym razem, kiedy zechcę usiąść, żeby trochę wypocząć, będę musiał uprzątać co najmniej z półtora tuzina krewnych-i- znajomych Królika, w takim razie to nie jest żadna Przy... - jak to się nazywa - tylko wielki Bałagan. Oto jest moje zdanie.
- Wiem, co masz na myśli - rzekła Sowa. - Jeśli chcesz wiedzieć, jakie jest moje zdanie...
- Nie pytam nikogo o zdanie, tylko mówię swoje. Możemy szukać Bieguna Północnego albo bawić się w Lata ptaszek po ulicy, albo łapać ptaszki w sidła. Jest mi to zupełnie obojętne.
Nagle rozległo się wołanie Krzysia:
- Idziemy!
- Idziemy! - zawołali Prosiaczek z Puchatkiem.
- Idziemy! - huknęła Sowa.
- Ruszamy! - zawołał Królik i razem z Krzysiem pomaszerował na czele Przyprawy.
- Dobrze - powiedział Kłapouchy - chodźmy. Tylko nie miejcie do mnie pretensji, jeśli będzie padał deszcz.
I wyruszyli na odkrycie Bieguna. I gdy tak wędrowali, gawędzili między sobą o tym i o owym, z wyjątkiem Puchatka, który w myśli układał nową piosenkę.
- Mam już pierwszą zwrotkę - rzekł do Prosiaczka. Gdy już sobie w głowie wszystko ułożył.
- Pierwszą zwrotkę czego?
- Mojej piosenki.
- Jakiej piosenki?
- Tej.
- Której?
- Jak jej posłuchasz, Prosiaczku, to ją usłyszysz.
- A skąd wiesz, że ja nie słucham?
Puchatek nie mógł odpowiedzieć na to pytanie, więc zaczął śpiewać:
Wszyscy w długim szli szeregu,
By Północny odkryć Biegun.
Więc na przedzie kroczył Krzyś,
Za nim Królik, potem Miś.
A za Misiem szedł Prosiaczek,
Co wełniany wziął serdaczek.
Gardząc wręcz niebezpieczeństwem
Kangurzyca szła z Maleństwem.
Osioł, Sowa Przemądrzała,
Wykształcona i bywała,
A na końcu - cała klika
Krewnych-i-znajomych Królika.
- Cyt! - szepnął Krzyś obracając się do Puchatka. - Zbliżamy się do Niebezpiecznego Miejsca.
- Cyt! - szepnął Puchatek do Prosiaczka.
- Cyt! - szepnął Prosiaczek do Kangurzycy.
- Cyt! - szepnęła Kangurzyca do Sowy, gdy tymczasem Maleństwo szepnęło cichutko parę razy - cyt! - do siebie samego.
- Cyt! - szepnęła Sowa do Kłapouchego.
- Cyt! - straszliwym głosem wrzasnął Kłapouchy obracając się do wszystkich krewnych-i-znajomych Królika. I - cyt! - szepnęło jedno drugiemu wzdłuż całego szeregu, aż - cyt! - dotarło do ostatniego z nich. A ostatni krewny-i-znajomy Królika był tak przerażony tym, że wszyscy mówią do niego - cyt! -
że schował łebek w małą rozpadlinę w ziemi i siedział tam przez dwa dni, aż niebezpieczeństwo minęło. Potem co tchu wrócił do domu i odtąd resztę życia spędzał spokojnie u boku swojej Cioci. A nazywał się on Alojzy Chrząszcz. I tak wszyscy, ile ich było, doszli do strumyka, który wił się i toczył wśród kamieni. Krzyś zauważył od razu, jakie tu kryją się niebezpieczeństwa.
- W tym miejscu - wyjaśnił - może być Zasadzka.
- Posadzka? - szepnął Puchatek do ucha Prosiaczka.
- Drogi Puchatku - rzekła Sowa tonem wyższości - czyżbyś nie wiedział, co to jest Zasadzka?
- Sowo - rzekł Prosiaczek patrząc na nią surowo - szepnięcie Puchatka było Najzupełniej prywatnym szepnięciem i nie ma żadnego powodu...
- Zasadzka - rzekła Sowa - jest to coś w rodzaju przykrej niespodzianki.
- Tak samo bywa czasami z Posadzką - rzekł Puchatek.
- Zasadzka, jak to właśnie tłumaczyłem Puchatkowi - rzekł Prosiaczek - jest to rodzaj przykrej niespodzianki.
- Jeśli ktoś nagle wyskoczy na ciebie - rzekła Sowa - to jest właśnie Zasadzka.
- To jest właśnie Zasadzka, Puchatku, jeśli ktoś nagle wyskoczy na ciebie - wyjaśnił Prosiaczek.
Puchatek, który teraz wiedział już, czym jest Zasadzka, powiedział, że kiedyś, kiedy spadł z krzesełka, posadzka nagle wyskoczyła na niego i potem przez całe sześć dni miał pełno siniaków.
- Nikt tutaj nie mówi o posadzkach - rzekła Sowa trochę obrażona.
- Ale ja mówię - rzekł Puchatek.
Pełzli cichutko brzegiem strumyka, aż zatrzymali się w miejscu, gdzie rosła miękka, równiutka trawa, na której mogli usiąść i odpocząć. Na komendę Krzysia: - Stać! - wszyscy, ile ich było, usiedli i wypoczywali.
- Myślę - powiedział Krzyś - że teraz powinniśmy zjeść wszystkie nasze Prowianty, żebyśmy nie mieli tyle do dźwigania.
- Zjeść wszystkie nasze co? - spytał Puchatek.
- Wszystko, co wzięliśmy z sobą do jedzenia - wyjaśnił Prosiaczek biorąc się do dzieła.
- To wcale niezła myśl - powiedział Puchatek i też zabrał się do dzieła.
- Czy wszyscy macie coś do jedzenia? - zapytał Krzyś z pełnymi ustami.
- Wszyscy z wyjątkiem mnie - powiedział Kłapouchy. - Jak zwykle. - I spojrzał smętnie po wszystkich zebranych. - Czy nikt z was przypadkiem nie usiadł na kępce ostu?
- Zdaje się, że ja - powiedział Puchatek. - Ajaj! - Po czym wstał i obejrzał się za siebie. - Tak, to ja. Czułem to.
- Dziękuję ci, Puchatku, jeśli już masz tego dosyć. - To mówiąc, zbliżył się do miejsca, gdzie przed chwilą siedział Puchatek, i zaczął zajadać.
- Oset, moi drodzy, nie ma żadnego pożytku z tego, kiedy się na nim siedzi - mówił Kłapouchy spoglądając w górę i chrupiąc. - To odbiera mu życie. Pamiętajcie o tym wszyscy na przyszłość. I miejcie trochę względów, trochę troski o innych. W tym cała rzecz. Gdy Krzyś skończył śniadanie, szepnął coś do ucha Królikowi, a Królik powiedział: - Tak, tak, oczywiście - i poszli razem w górę strumienia.
- Nie chciałem, żeby inni słyszeli - powiedział Krzyś.
- Ma się rozumieć - odparł Królik z ważną miną.
- Tylko widzisz, Króliku... jestem bardzo ciekaw... czy ty nie wiesz czasem, jak wygląda Biegun Północny.
- Jak to? - powiedział Królik strosząc wąsiki. - Teraz dopiero pytasz o to?
- Kiedyś wiedziałem - tłumaczył się Krzyś - tylko trochę o tym zapomniałem...
- To zabawne - rzekł Królik - ale ja też trochę o tym zapomniałem, chociaż kiedyś o tym wiedziałem. Najważniejsza rzecz to wiedzieć, gdzie to sterczy.
- O to nam właśnie chodzi.
Wrócili do reszty uczestników wyprawy. Prosiaczek leżał na grzbiecie i spał spokojnie, Maleństwo myło sobie pyszczek i łapki w kałuży, gdy tymczasem Kangurzyca opowiadała każdemu z dumą, że Maleństwo po raz pierwszy myje się własnoręcznie. A Sowa Przemądrzała opowiadała Kangurzycy ciekawą Anegdotkę, pełną długich słów, jak Encyklopedia i Rododendron, czego Kangurzyca wcale nie słuchała.
- Jeśli chodzi o mnie - gderał Kłapouchy - to nie znoszę tego całego mycia. Nowoczesna bzdura, i tyle. Co myślisz o tym, Puchatku?
- Tak - odparł Puchatek - myślę...
Ale nigdy nie dowiemy się, co myślał Puchatek, bo nagle rozległ się plusk wody, pisk Maleństwa i rozpaczliwy krzyk Kangurzycy.
- Oto są skutki mycia - powiedział Kłapouchy.
- Maleństwo wpadło do wody! - zawołał Królik i razem z Krzysiem pobiegli na ratunek.
- Patrzcie, jak ja pływam! - piszczało Maleństwo ze środka kałuży i w tej samej chwili zostało zniesione przez wartki prąd do następnej kałuży.
- Czy nic ci się nie stało, najdroższe Maleństwo?! - wołała z niepokojem Kangurzyca.
- Nie! - krzyczało Maleństwo. - Patrzcie, jak ja pływam! - i szybki prąd wody zniósł je do następnej kałuży.
Każdy robił coś, żeby ratować Maleństwo. Prosiaczek, nagle obudzony hałasem, podskakiwał w górę i wołał: - Ach, wiecie co?! - Sowa Przemądrzała tłumaczyła, że w wypadku Nagłego i Chwilowego Zanurzenia Ważną Rzeczą jest Trzymanie Głowy Ponad Wodą, Mama-Kangurzyca skakała wzdłuż brzegu wołając:
- Czy aby na pewno nic ci się nie stało, najdroższe Maleństwo?! - na co Maleństwo z każdej kałuży, w której się właśnie znajdowało, odpowiadało: - Patrzcie, jak ja pływam! - Kłapouchy obrócił się dookoła, stanął tyłem do kałuży, w której pluskało się Maleństwo, i zwiesiwszy ogon do wody, gderał: 
- Oto są skutki mycia. Ale nie bój się, Maleństwo, złap mnie za ogon i wszystko będzie w porządku - a Krzyś z Królikiem przeszli szybko, mijając Kłapouchego, i nawoływali innych, stojących obok.
- Nie bój się, Maleństwo! Już idę! - wołał Krzyś.
- Hej, chłopcy - krzyczał Królik - przerzućcie jakieś drewienko w poprzek strumyka! Puchatek pobiegł niedaleko, w gęste zarośla wikliny, do miejsca, którego nikt nie znał, prócz niego i Krzysia, i które nazywało się Umówiona Kryjówka. Krzyś przechowywał tam swoje stare zabawki: drewnianego konia z
odłamaną nogą, blaszany samochód, wózek drabiniasty i dużo innych rzeczy, którymi bawić się już nie można, a z którymi rozstać się ciężko.
- Mam, mam! - wołał Puchatek z daleka i, kołysząc się z boku na bok, przybiegł zdyszany, trzymając w łapce spore drewienko. Kangurzyca chwyciła jeden jego koniec i przerzuciła na drugi brzeg w poprzek strumyka. A Maleństwo, które, prychając dumnie, krzyczało: - Patrzcie, jak ja pływam! - zostało zniesione przez wodę na to właśnie drewienko. I ociekając wodą, przeszło sobie po nim, jak po mostku, na brzeg.
- Widzieliście, jak pływałem?! - wołało Maleństwo z przejęciem, gdy tymczasem Mama-Kangurzyca strofowała je i wycierała do sucha. - Puchatku, widziałeś, jak ja pływam? To się nazywa pływać, co ja robiłem! Króliku, widziałeś, co robiłem? Pływałem! Hej, Prosiaczku, słuchaj! Jak ci się zdaje, co ja robiłem? Pływałem! Krzysiu, czyś ty widział, jak ja...
Ale Krzyś nie słuchał. Patrzył tylko na Puchatka.
- Puchatku - powiedział - gdzie znalazłeś to drewienko? Puchatek spojrzał na drewienko, które przyniósł z sobą, mrugnął na Krzysia porozumiewawczo i szepnął mu do ucha: - W Umówionej Kryjówce. - A potem głośniej, już do wszystkich: - Pomyślałem, że mogłoby się przydać, więc je przyniosłem. Krzyś
przypatrzył się dobrze drewienku.
- To biegun od mojego drewnianego konia z odłamaną nogą - zawołał - poznaję! - A po chwili rzekł uroczyście: - Puchatku, Wyprawa jest zakończona. Znalazłeś Biegun Północny.
- Ojej! - powiedział Puchatek.
Kłapouchy wciąż siedział na brzegu strumienia, z ogonem w wodzie, gdy zjawiła się cała gromadka.
- Niech ktoś z was powie Maleństwu, żeby się pośpieszyło - powiedział - bo ja zaziębię sobie ogon. Nie chcę tego zaznaczyć, ale muszę to zaznaczyć. Nie chcę się skarżyć, ale tak jest. Zaziębiłem ogon.
- Jestem tutaj! - zapiszczało Maleństwo.
- Ach, jesteś?
- Czy widziałeś, jak ja pływam?
Kłapouchy wyciągnął ogon z wody i zaczął nim wymachiwać na prawo i na lewo.
- Tak jak przewidywałem - powiedział - mój ogon został pozbawiony wszelkiego czucia. Zdrętwiał. Ot, co się stało. Zdrętwiał zupełnie.
- Biedny Kłapouniu, ja ci go osuszę i rozetrę - powiedział Krzyś. Wyjął chusteczkę do nosa i wytarł nią mokry ogon.
- Dziękuję ci, Krzysiu! Ty jeden, mam wrażenie, rozumiesz się tu trochę na ogonach. Tamci nie zastanawiają się nad tym, ot, co można o nich powiedzieć. Oni po prostu nie mają wyobraźni. Ogon to dla nich nie ogon, tylko Mały Dodatkowy Kawałeczek przyczepiony z tyłu.
- To nic, Kłapouszku - rzekł Krzyś wycierając go z całych sił. - Czy już mu lepiej?
- Już bardziej czuję, że go mam. Czuję, że on znów do mnie należy.
- Hej, Kłapouchy! - zawołał Puchatek idąc ze swoim drewienkiem.
- Drogi Puchatku, dziękuję ci za pamięć. Mogę cię uspokoić, że za dzień, dwa będę mógł znów go używać.
- Czego używać?
- Tego, o czym mówimy.
- Ja nie mówiłem o niczym - powiedział Puchatek zakłopotany.
- Znów pomyłka. Zdawało mi się, że ci jest przykro z powodu mego ogona, który zupełnie zdrętwiał, i że chciałbyś mi pomóc.
- Nie - powiedział Puchatek - to nie ja mówiłem. - Pomyślał przez chwilę i powiedział Kłapouchemu na pociechę: - Może to był kto inny?
- No, to podziękuj mu w moim imieniu, jak go zobaczysz - powiedział Kłapouchy. Puchatek spojrzał zatroskany na Krzysia.
- Puchatek odkrył Biegun Północny - rzekł Krzyś - czy to nie cudowne? Kubuś Puchatek skromnie spuścił oczy.
- Czy to to? - spytał Kłapouchy.
- Tak - odparł Krzyś.
- Czy to to, czegośmy szukali?
- Tak - odpowiedział Puchatek.
- Aha - rzekł Kłapouchy. - A jednak deszcz nie padał... Wreszcie drewienko znalezione przez Puchatka zostało wbite w ziemię i Krzyś zawiesił na nim tabliczkę z napisem:
BIEGUN PÓŁNOCNY ODKRYTY PRZEZ PUCHATKA
PUCHATEK GO ZNALAZŁ
Potem wszyscy wrócili do domu. I zdaje się, choć nie jestem pewien, że Maleństwo wzięło gorącą kąpiel i poszło do łóżeczka, a Puchatek wrócił do domu bardzo dumny z tego, co uczynił, i zjadł swoje małe
Conieco, bo był bardzo głodny.
A. A. Milne

Leniwie mija nam weekend

Nudy, nudy, nudy:) Wczoraj Lenka przespała całe popołudnie - trochę się martwię,  czy Jej jakieś choróbsko nie bierze, bo to do Niej niepodobne. Dzisiaj wprawdzie wygląda dobrze, ale nigdy nic nie wiadomo.
Poza tym nie dzieje się nic, absolutnie nic. Na spacer trochę za mokro (odwilż - mam nadzieję, że już wiosenna), więc siedzimy sobie w domku. Trochę sprzątaliśmy, trochę gotowaliśmy, trochę się bawiliśmy. Wszystko bez zbędnego pośpiechu i bez żadnej presji.
Od czasu do czasu oglądamy jakąś bajkę w tv, albo na dividivi. Polegujemy w łóżku, czytamy książeczki, bawimy się pluszakami, jemy lody krówkowe z gruszkami i polewą czekoladową (w pościeli!!!, przed obiadem!!!). Nawet  dzieciaki  jakieś takie leniwe i ospałe:) Kotu też się nie chce rozrabiać. Nudy, normalnie nudy!
Stwierdzam jednak, że czasami takie nudy są  bardzo potrzebne. Można trochę odetchnąć od codziennej bieganiny  i spokojnie sobie poleniuchować, bez myślenia o wszystkich zaległych pracach domowych, które miały być wykonane właśnie w ten weekend. I co najważniejsze - bez wyrzutów sumienia, że prace wykonane jednak nie zostały (a za cholerę nie chcą wykonać się same). Słodkie lenistwo...

piątek, 17 lutego 2012

Dzień Kota ... to dzień kota

Niech już będzie wstrętnej gangrenie, upamiętnię ten dzień:) Chociaż przeważnie mocno mnie drażni jej bałaganiarstwo, w gruncie rzeczy bardzo lubię to słodkie mruczenie do ucha, kiedy zasypiam:)
Oto nasz  kot, tzn. kotka, czyli Kitka w pościeli łupieży:

Śpiewająco:)

Dokumentuję pierwsze kroki Lenki w dziedzinie pieśni i tańca:) Jakość wprawdzie kiepska, ale to nasz pierwszy film, a jak wiadomo - początki zawsze są trudne:


Lenka ogląda i krzyczy:
- Mamooooo, nie pokazuj mi tego!

czwartek, 16 lutego 2012

Mam dosyć śniegu!

Ja bardzo proszę, niech ta zima już się skończy! Śnieg, a i owszem wygląda ładnie, ale tylko przez okno, albo w telewizji! Łupieże wprawdzie są zachwycone i zgodnie twierdzą, że zima jest piękna, ale ja mam całkowicie odmienne zdanie w tym temacie!
Droga do i z przedszkola zajmuje nam trzy razy więcej czasu, niż normalnie. Lenka pilnie wypatruje wszystkich tajemniczych śladów na śniegu i oczywiście każde znalezisko długo analizuje i komentuje:
 - Mamusiu! Tędy chyba szła kaczka!
Taaaaaa, na pewno:)
Nikodem z kolei włazi po pas w każdą większą zaspę, po czym drze się wniebogłosy na całą ulicę:
- Ratunku, pomocy!!! Nie mogę wyjąć nogi!!!
Ewentualnie:
- Ratunku, pomocy!!! Śnieg mi wpadł do buta!!!
I tak co pięć sekund. Do tego dochodzi również nieustanne marudzenie:
- Mamusiuuuuuuuuuuuuuuu, ulep mi dużą kulkę!
Normalnie cholery można dostać, niech ta okropna zima już się skończy, bo nie wytrzymam nerwowo:)

wtorek, 14 lutego 2012

Z ostatniej chwili, będzie krótko:

Nikodem szykuje się do spania, zdejmuje majtki. Na ten widok Lenka się drze:
- Sisior Ci wystawa! Sisior Ci wystawa!
Nie skomentuję tego, bo brak mi słów:)))

poniedziałek, 13 lutego 2012

Glut:)

Temat przewodni dnia dzisiejszego w przedszkolu w grupie 3-latków: "Poznajemy ptaki".
Lenka z zapałem relacjonuje, że Pani pokazywała im zdjęcia ptaszków i o każdym coś opowiadała. Bardzo Jej się podobało.
- No to jakie poznaliście ptaszki? - pytam.
- Był gołąbek, bocian - bocian je żaby, wiesz?, był grubelek (to pewnie wróbelek) i sikorka - taka ładna, ale najładniejszy był taki ptaszek z czerwonym brzuszkiem ... eeee, glut!!!
- Że co???
- No nie wiesz, Mamo??? GLUT!
- Yyyyyyyy, chyba gil.
- No tak - gil:)

niedziela, 12 lutego 2012

Do żyrafy nam jeszcze daleko...

Mamy se taką "zwierzakową" miarkę na ścianie:






I tak się od czasu do czasu mierzymy. Oczywiście namówienie łupieży, żeby stanęły prosto tyłem do miarki jest prawie niewykonalne:) Pomiary wypadają więc mocno "na oko".
Nikodem poproszony o ładny uśmiech do zdjęcia robi durne miny, a Lenka ciągle próbuje się odwracać i dojrzeć, do którego zwierzątka sięga:)


Zasłonka do łóżka

Zima i mróz rzucają mi się na głowę i wymyślam sobie różne pracochłonne zajęcia:) Tym razem nabyłam w Castoramie zasłonkę, ponieważ była za długa przecięłam ją na pół. Z części z szelkami zrobiłam dla Lenki zasłonkę do łóżka piętrowego. Część dolna, po obszyciu posłuży mi za zasłonkę na okno.
Na razie zapału starczyło mi tylko na podszycie części z szelkami:) Wszystko oczywiście szyję ręcznie, bo maszyny do szycia nie posiadam. Praca jest mozolna, gdyż ścieg musi być równy i dosyć drobny. W dodatku prace te muszę wykonywać wieczorem, kiedy łupieże już śpią, a po ciemku mało co widzę. Cóż, starość,nie radość.


sobota, 11 lutego 2012

Wyginam śmiało ciało

Absolutnym hitem moich bachorów, wbrew tytułowi, nie jest film "Madagaskar", tylko serial pt."Pingwiny z Madagaskaru". Szczerze mówiąc, wcale im się się dziwię, bo sama chętnie oglądam te durnoty:) Przygody mają nie z tej ziemi - Kowalski, Rico, Szeregowy i najlepszy ze wszystkich Mort, podwładny Króla Juliana. Pingwiny i lemury rządzą!!!
Polecam:)


źródło: youtube.pl

Kilku kumpli weź...

Kolejna ukochana piosenka moich łupieży:


źródło: youtube.pl

piątek, 10 lutego 2012

Jak zadowolić matkę

Przybywam po łupieże do przedszkola. Tradycyjne pytanie:
- Nikodemku, zjadłeś obiadek? Co dzisiaj było?
Potomek mój zadowolony, dumny z siebie, jak paw, odpowiada bez zająknięcia:
- Mamusiu, dzisiaj zjadłem wszystkie dania!!!
Oooooo, jakaś nowość! Coś mi się nie chce wierzyć, więc ponawiam pytanie:
- A co było?
- Same pyszności, Mamusiu! Był rosołek i kotlet mielony i ziemniaki. Ziemniaki zjadłem prawie wszystkie!
Hmmmm, w konsumpcję rosołu i kotleta mielonego nawet jestem skłonna uwierzyć. Ostatnio ma fazę właśnie na rosół, a kotlety mielone to właściwie jedyne mięso, jakie przyswaja.
Na nieszczęście dla Nikodema odzywa się Pani Dyrektor:
- A ja widziałam, że na obiad była dzisiaj zupa pieczarkowa i makaron z sosem pomidorowym. Ale może Ty, Nikodemku byłeś na obiedzie w jakimś innym przedszkolu???
Potomka mi zatyka i szybo zmyka do szatni. Kiwamy z Panią Dyrektor głowami z politowaniem:)
Wychodzimy z przedszkola, Nikodem mówi cichutko:
- Mamusiu, przepraszam, że Cię oszukałem. Chciałem, żebyś była zadowolona.

Bajki na dobranoc - Kubuś Puchatek - rozdział VII

Rozdział VII, w którym Mama-Kangurzyca z Maleństwem przybywają do Lasu i Prosiaczek bierze kąpiel

Nikt dobrze nie wiedział, skąd się wzięli, dość że pewnego dnia zamieszkali w Lesie we dwoje: Mama-Kangurzyca i mały jej synek zwany Maleństwem. Gdy Puchatek zapytał Krzysia: - Skąd się oni tutaj wzięli? - Krzyś odpowiedział: - Całkiem po prostu, jeśli wiesz, co to znaczy, Puchatku. - A Puchatek, który nie wiedział, co to znaczy, powiedział: - Aha! - Potem kiwnął łebkiem raz i drugi i powiedział: - Całkiem po prostu, aha... - A potem poszedł do swego przyjaciela Prosiaczka, by się dowiedzieć, co on myśli o tym. W mieszkaniu Prosiaczka zastał Królika. I tak wszyscy trzej zaczęli o tym gawędzić.
- Nie podoba mi się to wszystko - rzekł Królik. - Jesteśmy sobie wszyscy u siebie, w Lesie, ty, Puchatku, ty Prosiaczku, i ja - a tu naraz...
- I Kłapouchy - wtrącił Puchatek.
- I Kłapouchy, a tu naraz...
- I Sowa Przemądrzała - dodał Puchatek.
- I Sowa Przemądrzała, a tu na...
- I Kłapouchy - rzekł Puchatek. - Zapomniałem o nim.
- Jesteśmy wszyscy u siebie - ciągnął dalej Królik powoli i dobitnie - a tu naraz budzimy się pewnego pięknego dnia i kogo zastajemy? Jakieś Dziwne Zwierzę. Zwierzę, o którym nawet nigdy nie słyszeliśmy. Zwierzę, które nosi całą swoją rodzinę w kieszeni. Przypuśćmy, że ja na przykład zacznę nosić całą moją rodzinę w kieszeni. Ile kieszeni musiałbym mieć?
- Szesnaście - kiwnął Prosiaczek.
- Siedemnaście, nieprawda? - powiedział Królik. - I jeszcze jedną na chusteczkę do nosa. To już osiemnaście. Osiemnaście kieszeni w jednym ubraniu. To o wiele za dużo. Tu nastąpiło długie milczenie... Przerwał je Puchatek, który od paru chwil siedział głęboko zamyślony: - A mnie wypada
piętnaście.
- Co? - spytał Królik.
- Piętnaście.
- Piętnaście czego?
- Piętnaście osób twojej rodziny.
- No i co?
Puchatek podrapał się w nosek i powiedział, że mu się zdawało, że Królik mówił coś o swojej rodzinie.
- Czy tak? - spytał Królik niedbale.
- Tak, powiedziałeś, że...
- Mniejsza z tym, Puchatku - rzekł Prosiaczek zniecierpliwiony. - Chodzi o to, co mamy zrobić z Kangurzycą.
- Aha - powiedział Puchatek.
- Najlepiej będzie tak - odezwał się Królik - porwiemy Maleństwo i ukryjemy je, a kiedy Mama-Kangurzyca zapyta: "Gdzie jest Maleństwo?", powiemy: "Akuku!"
- Akuku! - powiedział Puchatek dla wprawy. - Akuku! Akuku! To bardzo ładnie brzmi. Moglibyśmy powiedzieć "akuku!" bez porywania Maleństwa.
- Puchatku! - rzekł Królik grzecznie. - Nie masz ani krzty rozumu.
- Wiem o tym - odparł Puchatek pokornie.
- Po to powiemy "akuku!", żeby Mamie-Kangurzycy dać do zrozumienia, że my wiemy, gdzie jest Maleństwo. "Akuku!" ma oznaczać: Powiemy ci, gdzie jest Maleństwo, jeśli nam obiecasz, że zabierzesz się z Lasu i już nigdy w te strony nie wrócisz. Puchatek usiadł na boczku i wprawiał się w mówieniu "akuku!" na różne sposoby. Czasami zdawało mu się, że to oznacza to właśnie, co miał na myśli Królik, a czasem zdawało mu się, że co innego.
"Sądzę, że to jest tylko wprawa - myślał. - Ciekaw jestem, czy Mama-Kangurzyca też będzie musiała się wprawiać, żeby to zrozumieć".
- Jest tylko jedna ważna rzecz - wtrącił Prosiaczek kręcąc się niespokojnie. - Rozmawiałem z Krzysiem, który mi powiedział, że Kangury są powszechnie znane jako jedne z Najdzikszych Zwierząt. Na ogół nie boję się Dzikich Zwierząt, ale każdy o tym wie, że jeśli jednemu z Najdzikszych Zwierząt zabrać Jego Małe, ono staje się tak dzikie jak Dwa Najdziksze Zwierzęta. Wobec tego powiedzenie "akuku!" jest może trochę nierozsądne. Królik poślinił koniec ołówka i powiedział:
- Prosiaczku, nie masz ani krzty odwagi!
- Niełatwo jest być odważnym - odparł Prosiaczek, lekko pociągając noskiem - kiedy jest się tylko Bardzo Małym Zwierzątkiem.
Królik, który z wielkim skupieniem zabierał się do pisania, podniósł łebek i powiedział:
- Właśnie dlatego, że jesteś Bardzo Małym Zwierzątkiem, możesz się przydać w przedsięwzięciu, jakie mamy przed sobą.
Prosiaczek był tak przejęty myślą o tym, że może się przydać, że zapomniał się bać, i gdy Królik oświadczył, że Kangury są Niebezpieczne tylko podczas zimowych miesięcy, a w innych okresach są Łagodnego Usposobienia, Prosiaczek ledwo mógł usiedzieć na miejscu, tak bardzo mu się śpieszyło, żeby się przydać.
- A co ja będę robił? - spytał Puchatek ze smutkiem. - Chyba nie będę mógł się przydać?
- Nic nie szkodzi, Puchatku - rzekł Prosiaczek pocieszająco. - Może innym razem.
- Bez Puchatka - powiedział Królik uroczyście, ostrząc szpic ołówka - całe przedsięwzięcie będzie niemożliwe.
- Och - westchnął Prosiaczek i usiłował nie wyglądać na rozczarowanego, Puchatek zaś poszedł do kącika i rzekł z dumą do siebie:
- Niemożliwe beze mnie. Taki to już ze mnie Miś.
- A teraz proszę posłuchać - powiedział Królik, gdy skończył pisać. I Puchatek z Prosiaczkiem usiedli obok, słuchając pilnie z otwartymi pyszczkami. A Królik to właśnie napisał:
PLAN PORWANIA MALEŃSTWA
1. Uwagi ogólne. Mama-Kangurzyca biega prędzej niż którekolwiek z nas, nawet ja.
2. Uwagi bardziej ogólne. Mama-Kangurzyca nigdy nie spuszcza oka z Maleństwa, chyba tylko wtedy, gdy jest ono bezpiecznie zapięte w jej kieszeni.
3. A zatem. Jeśli mamy porwać Maleństwo, musimy uzyskać Znaczną Przewagę, ponieważ Kangurzyca biega prędzej niż ktokolwiek z nas, a nawet ja (patrz 1).
4. Uwaga. Jeśli Maleństwo wyskoczy z kieszeni Kangurzycy, a na jego miejsce wskoczy Prosiaczek, Kangurzyca nie zauważy różnicy, gdyż Prosiaczek jest Bardzo Małym Zwierzątkiem.
5. Jak Maleństwo.
6. Jednak Kangurzyca musiałaby patrzeć w inną stronę, tak aby nie zauważyła wskakującego do jej kieszeni Prosiaczka.
7. Patrz 2.
8. Inna uwaga. Jednak gdyby ją Puchatek zajął interesującą rozmową, mogłaby przez chwilę patrzeć w inną stronę.
9. A wtedy ja mógłbym uciec z Maleństwem.
10. Prędziutko.
11. I Kangurzyca nie spostrzegłaby różnicy. Dopiero Potem.
Królik odczytał to uroczyście i przez krótką chwilę nikt nie odzywał się słowem.
Wreszcie Prosiaczek, który tylko w milczeniu otwierał i zamykał ryjek, zdołał wykrztusić ochrypłym głosem:
- A co potem?
- Co przez to rozumiesz?
- Kiedy Kangurzyca Zobaczy Różnicę...
- Wtedy wszyscy mówimy "akuku!"
- My wszyscy troje!
- Tak.
- Ojej!
- O co chodzi, Prosiaczku?
- O nic - odparł Prosiaczek - dopóki my wszyscy troje mówimy "akuku". Dopóki my wszyscy mówimy - powtórzył Prosiaczek - to nic nie szkodzi. Ale nie zależy mi na tym specjalnie, żeby powiedzieć "akuku" samemu. Zresztą to nawet nie brzmiałoby ładnie. A czy jesteś zupełnie pewien tego, co mówiłeś o zimowych miesiącach?
- O zimowych miesiącach?
- Tak, o tym, że one są Niebezpieczne tylko w zimowych miesiącach?
- O, tak, najzupełniej. Więc co, Puchatku? Czy wiesz już, co będziesz miał do roboty?
- Nie - odparł Kubuś Puchatek. - Jeszcze nie wiem. A co będę robił?
- Więc masz tylko mówić bez przerwy do Kangurzycy, tak żeby odwrócić jej uwagę.
- Oo... ale czym?
- O czym ci się podoba.
- Czy myślisz, że mógłbym jej powiedzieć na przykład kawałek wierszyka czy coś w tym rodzaju?
- O, to-to właśnie - odparł Królik. - Doskonale. Więc ruszamy. I poszli wszyscy wypatrywać Mamy-Kangurzycy.
Kangurzyca z Maleństwem spędzali miłe popołudnie w Lesie, na piaszczystej polance. Maleństwo ćwiczyło się w niewielkich skokach na piasku, wpadało do mysich norek, a potem wyłaziło na wierzch, a Mama-Kangurzyca kręciła się koło swego synka mówiąc: - Jeszcze tylko jeden skok, kochanie, i idziemy do domu. A tu nagle kto się zjawia, gramoląc się na piaszczysty pagórek? Kubuś Puchatek.
- Dobry wieczór, Mamo-Kangurzyco!
- Dobry wieczór, Puchatku!
- Popatrz, jak ja skaczę - zapiszczało Maleństwo i wpadło do innej mysiej norki.
- Jak się masz, Maleństwo, dzielny kawalerze!
- Właśnie mieliśmy wracać do domu - rzekła Kangurzyca. - Dobry wieczór, Króliku! Jak się masz, Prosiaczku!
Królik i Prosiaczek, którzy ukazali się z drugiej strony pagórka, powiedzieli: "Dobry wieczór!" i "Jak się masz, Maleństwo!" - a Maleństwo dopominało się, żeby koniecznie popatrzyli, jak ono skacze, więc stanęli i patrzyli. I Mama-Kangurzyca też patrzyła...
Królik dwa razy mrugnął na Puchatka, który zwrócił się do Kangurzycy.
- Droga Kangurzyco - powiedział - nie wiem, czy ty interesujesz się Poezją?
- Raczej nie - odparła Kangurzyca.
- Czyżby? - zdziwił się Puchatek.
- Maleństwo kochane, jeszcze tylko jeden skok, a potem musimy już iść do domu. Nastąpiło króciutkie milczenie, podczas którego Maleństwo wpadło do mysiej norki. A Królik przyłożył łapkę do pyszczka i powiedział głośnym szeptem:
- No, zaczynaj!
- Jeśli chodzi o Poezję - mówił Puchatek - to idąc sobie teraz Lasem, ułożyłem taki mały wierszyk. To brzmi mniej więcej tak. Czekaj, zaraz sobie przypomnę...
- Doskonale - rzekła Kangurzyca. - Maleństwo kochane, już idziemy.
- Bardzo ci się spodoba ten poemacik - rzekł Królik.
- Rozkochasz się w nim po prostu - powiedział Prosiaczek.
- Musisz go posłuchać bardzo uważnie - powiedział Królik.
- Tak, aby nic z niego nie opuścić - mówił Prosiaczek.
- O, tak - odparła Mama-Kangurzyca nie spuszczając oka z Maleństwa.
- Jak to idzie, Puchatku? - zapytał Królik.
Puchatek chrząknął lekko i zaczął deklamować:
STROFY NAPISANE PRZEZ MISIA
O BARDZO MAŁYM ROZUMKU:
W poniedziałek, w chmurny dzień,
Rozmyślałem idąc lasem:
"Czemu tym jest zawsze ten,
A ów owym - tylko czasem?"
A we wtorek myślę tak
(Było ciepło i słonecznie):
"To na pewno, tak czy siak,
Ale tamto - niekoniecznie".
Znów we środę padał deszcz,
Więc rozważam z niepokojem:
"Wasi naszym mogą też,
Lecz nie mogą twoje moim".
W czwartek znów był mróz i szron...
Pomyślałem: "Coś tu będzie...
Bo choć tutaj dzisiaj on,
Ale oni zawsze wszędzie".
W piątek...
Ach, tak, tak - rzekła Mama-Kangurzyca, nie czekając, aż usłyszy, co stało się w piątek.
- Tylko jeszcze jeden skok, kochane Maleństwo, i naprawdę musimy już iść do domu. Królik dał Puchatkowi szturchańca dla zachęty.
- Wracając do Poezji - rzekł w tej samej chwili Puchatek - czyś zwróciła kiedy uwagę na tamto drzewo, o tam, tam?
- Gdzie? - spytała Kangurzyca. - No, Maleństwo, już najwyższy czas.
- O, tu, akurat na wprost - rzekł Puchatek wskazując poza plecy Kangurzycy - czy widzisz?
- Nie - odparła Kangurzyca. - Teraz, kochane Maleństwo, smyk! Do kieszeni. Idziemy do domu.
- Powinnaś koniecznie popatrzeć na to drzewo, o tam, akurat na wprost - odezwał się Królik. - Czy mam cię podsadzić, Maleństwo?
I ujął Maleństwo w łapki.
- Na drzewie siedzi ptaszek - powiedział Kubuś Puchatek. - Widzę go stąd. A może to rybka?
- Powinnaś stąd widzieć ptaszka - powiedział Królik. - Chyba, żeby to była rybka...
- To nie rybka, to ptak - rzekł Prosiaczek.
- Tak, to ptak - powiedział Królik.
- Czy to szpak, czy kos? - zapytał Puchatek.
- O to właśnie chodzi - powiedział Królik - czy to kos, czy szpak? Wreszcie Kangurzyca odwróciła głowę i w chwili gdy ją odwracała, Królik powiedział głośno:
- Właź do środka, Maleństwo. - I Prosiaczek wskoczył do kieszeni Mamy- Kangurzycy, a Królik czmychnął ile sił w nogach z Maleństwem.
- Co się stało? Gdzie jest Królik? - spytała Kangurzyca odwracając się znowu. - Jak ci jest, kochane Maleństwo?
Prosiaczek wydał piskliwy, cienki głosik z głębi kieszeni Kangurzycy.
- Królik musiał odejść - wyjaśnił Puchatek. - Zdaje się, że coś sobie nagle przypomniał i musiał pójść i to załatwić.
- A Prosiaczek?
- Zdaje się, że i Prosiaczek w tej samej chwili o czymś sobie przypomniał. Zupełnie nagle.
- No, więc i my już uciekamy do domu - rzekła Kangurzyca. - Do widzenia, Puchatku!
I w trzech wielkich susach znalazła się daleko.
Puchatek patrzył w ślad za nią i myślał: "Gdybym to ja tak potrafił... Są tacy, co potrafią, a są tacy, co nie potrafią. W tym cała rzecz". A tymczasem były chwile, kiedy Prosiaczek życzył sobie, żeby Kangurzyca nie potrafiła. Nieraz, gdy mu droga wypadała przez Las, marzył o tym, żeby być ptaszkiem, aby móc fruwać.
Ale teraz siedząc na spodzie kieszeni Kangurzycy, podrzucany w górę i w dół, tak sobie myślał: to nie chcę, jeśli ma być to nigdy fruwanie, tego robić.
I gdy unosił się w górę, mówił: "Oooo!" - a gdy opadał w dół, mówił: "Aaaa!" - I mówił: "Oooaaa" - przez całą drogę, aż do domu Kangurzycy. Ma się rozumieć, że gdy tylko Kangurzyca odpięła swoją kieszeń, zobaczyła, co się stało. I tylko przez krótką chwilę zdawało jej się, że jest niespokojna. Ale zaraz potem poczuła, że wcale, a wcale się nie boi, ponieważ wiedziała, że Krzyś nie pozwoli, aby jej Maleństwu stała się najmniejsza krzywda. Więc tak sobie pomyślała: "Jeśli oni płatają mi figle, to i ja spłatam im figla".
- A teraz, kochane Maleństwo - powiedziała, gdy wyjęła Prosiaczka z kieszeni - pora spać.
- Akuku! - rzekł Prosiaczek, jak tylko potrafił najgłośniej, po swej Straszliwej Podróży. Lecz nie było to widocznie bardzo dobre "akuku", bo Kangurzyca nie zrozumiała, o co chodzi.
- Najpierw kąpiel - powiedziała ochoczo.
- Akuku - powtórzył Prosiaczek i rozejrzał się z niepokojem dokoła, szukając swoich towarzyszy.
Lecz towarzysze byli daleko. Królik siedział u siebie w domu i zabawiał się z Maleństwem, czując, że coraz bardziej je lubi, a Puchatek, który postanowił zostać Kangurem, siedział na piaszczystej polance, na skraju Lasu, ćwicząc się w skokach.
- Tak sobie myślę - rzekła Kangurzyca głosem pełnym zastanowienia - czy nie przydałaby ci się dzisiaj zimna kąpiel? Czy miałbyś na nią ochotę, kochane Maleństwo? Prosiaczka, który na ogół nie lubił kąpieli, przeszedł długi dreszcz obrzydzenia. Powiedział więc z odwagą, na jaką tylko mógł się zdobyć:
- Mamo-Kangurzyco, widzę, że nadszedł czas, abyśmy pomówili ze sobą otwarcie.
- Śmieszne, małe Maleństwo - rzekła Kangurzyca dobrotliwie, przygotowując wodę do kąpieli.
- Nie jestem Maleństwo - oświadczył Prosiaczek głośno. - Jestem Prosiaczek.
- Tak, tak - powiedziała Kangurzyca niby to na serio - a jak ślicznie naśladujesz głos Prosiaczka! Jakiś ty mądry i cacany - mówiła wyjmując z szafki spory kawałek żółtego mydła. - Ciekawa jestem, co teraz porabia Prosiaczek.
- Czy ty mnie nie widzisz?! - wrzasnął Prosiaczek. - Czy nie masz oczu? Spójrz na mnie!
- Właśnie patrzę, drogie Maleństwo - rzekła Kangurzyca raczej surowo. - A ty przypomnij lepiej sobie, co ci wczoraj mówiłam o robieniu min. Jeśli będziesz robił miny takie jak Prosiaczek, to jak podrośniesz, staniesz się do niego podobny. A wtedy, pomyśl, jak ci będzie przykro. No, ale teraz marsz do ceberka! I nie każ mi sobie tego powtarzać dwa razy.
I nim Prosiaczek zdążył zorientować się, co się dzieje, był już w ceberku z wodą, a Kangurzyca szorowała go z całych sił wielką namydloną gąbką.
- Ojej! - krzyczał Prosiaczek. - Puść mnie! Jestem Prosiaczek!
- Nie otwieraj buzi, kochanie, bo nałykasz się mydła - rzekła Kangurzyca. - A widzisz, co ci mówiłam?
- Tyś - tyś - tyś to zrobiła naumyślnie - wykrztusił Prosiaczek, gdy tylko znowu mógł mówić... i potem tak się stało, że znów miał usta pełne mydlin.
- Dobrze już, dobrze kochanie, tylko nic nie mów - i w chwile potem Prosiaczek został wydobyty z ceberka i wytarty suchym ręcznikiem.
- Teraz jeszcze Maleństwo dostanie łyżkę tranu - powiedziała Kangurzyca - i marsz do łóżka.
- Po-po co, po co tran? - spytał Prosiaczek.
- Po to, żebyś urósł duży i silny, kochanie. Nie chcesz chyba być podobny do małego i słabego Prosiaczka, co? A widzisz...
W tej samej chwili rozległo się pukanie do drzwi.
- Proszę - rzekła Kangurzyca i do pokoju wszedł Krzyś.
- Krzysiu, Krzysiu! - zawołał Prosiaczek. - Powiedz Kangurzycy, kim ja jestem! Ona upiera się i mówi, że jestem Maleństwem, prawda?
Krzyś popatrzył na niego uważnie i potrząsnął głową.
- Nie możesz być Maleństwem - powiedział - bo właśnie przed chwilą widziałem Maleństwo, które bawi się wesoło u Królika.
- No, no - rzekła Kangurzyca - to wprost nie do wiary. To nie do wiary, żebym aż tak się pomyliła!
- A widzisz? - powiedział Prosiaczek. - Mówiłem ci. Jestem Prosiaczek. Krzyś znów potrząsnął głową.
- Nie jesteś Prosiaczek - powiedział. - Znam dobrze Prosiaczka, który jest zupełnie innego koloru.
Prosiaczek zaczął tłumaczyć, że to wszystko dlatego, ponieważ wziął przed chwilą kąpiel, a potem pomyślał, że może nie trzeba było tego mówić. I gdy otworzył ryjek, aby powiedzieć coś innego, Mama-Kangurzyca wlała mu łyżeczkę lekarstwa, poklepała po grzbiecie i powiedziała, że to lekarstwo ma
zupełnie miły smak, gdy się do niego przyzwyczaić.
- Wiedziałam, że to nie jest Prosiaczek - powiedziała Kangurzyca - ale ciekawa jestem, kto to może być?
- Może to jakiś krewny Puchatka? - rzekł Krzyś. - Może jakiś bratanek czy wujaszek, czy coś podobnego?
Kangurzyca zgodziła się z przypuszczeniem Krzysia i powiedziała, że wobec tego trzeba go będzie jakoś nazwać.
- Nazwijmy go Nieboraczek - powiedział Krzyś. - Dla skrótu: Tomasz Nieboraczek. I właśnie gdy to postanowiono, Tomasz Nieboraczek wyrwał się z objęć Kangurzycy i skoczył na ziemię. Ku jego wielkiej radości Krzyś zostawił drzwi otwarte. I nigdy jeszcze Tomasz Nieboraczek-Prosiaczek nie pędził tak
szybko jak wtedy. Zatrzymał się dopiero niedaleko swego domku. Gdy był już o jakie sto kroków od niego, resztę drogi odbył tarzając się po ziemi, żeby odzyskać swój dawny, ulubiony kolor. I tak Kangurzyca z Maleństwem zostali w Lesie. I co wtorek Maleństwo spędzało cały dzień ze swym serdecznym przyjacielem Królikiem, i co wtorek Kangurzyca spędzała cały dzień ze swym serdecznym przyjacielem Puchatkiem, ucząc go skakać, i co wtorek Prosiaczek spędzał cały dzień ze swym serdecznym przyjacielem Krzysiem. I znowu wszyscy byli bardzo szczęśliwi.
A. A. Milne
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Drukuj