Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zakupy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zakupy. Pokaż wszystkie posty

piątek, 12 lipca 2013

Wyślij chłopa po zakupy...

Wysyłanie faceta po zakupy, nieważne czy z listą tychże zakupów czy bez, jest w moim przypadku kompletną porażką. Jeśli jeszcze na dokładkę (nieopatrznie) zabierze ze sobą na zakupy jedno z łupieży, katastrofa murowana!

Przykład nr 1.
Wersja light, bo żadne z łupieży nie pragnie w tym momencie towarzystwa taty:
- Kup mleko i może chleb.
- Coś jeszcze?
- Nie. Tylko mleko i chleb.
Nie wiem, na jakiej zasadzie działa męski mózg. O czym taki chłop myśli będąc już w tym sklepie i węsząc między półkami? W każdym bądź razie, po kilku minutach mój "stary" pojawia się w kuchni, z reklamówki wyciąga masło i z miną psa, który właśnie zeżarł ze smakiem nową parę kapci pyta:
- Miało być masło i co jeszcze???
No żesz kur... jego mać!

Przykład nr 2.
Zadanie wydaje się zdecydowanie trudniejsze, gdyż jedno z łupieży wyraża chęć asystowania przy zakupach. Wiadomości przekazuję powoli, zarówno ojciec, jak i dany łupież z uwagą słuchają poleceń. Tak mi się przynajmniej wydaje.
- Kupicie bułki, wodę i dwie cebule.
Błąd! Określenie "bułki" jest wysoce nieprecyzyjne!
- Dobra. A ile tych bułek?
- Nie wiem! Tyle, ile zjecie. Sześć może...
- Ok.
- Aaaaaaaaaaaaa i jeszcze, jeśli będzie, to kalafiora weźcie!
Kolejny błąd! Fraza "jeśli będzie" jest absolutnie nieprzyswajalna przez męski mózg!
Nie dalej jak po dwóch minutach dzwoni telefon z zapytaniem czy te cebule to duże mają być, czy może małe, a woda to cytrynowa czy jabłkowa, ile tych bułek mówiłaś i co tam jeszcze chciałaś???
Powtarzam wszystko bardzo, bardzo, bardzo cierpliwie! Po upływie pół godziny wracają ze sklepu z paczką chipsów (bo chciał/a), lizakami i gumą do żucia (na wypadek gdyby drugi łupież nie preferował danych chipsów), dużą butelką coca-coli (bo wody nie mogli znaleźć!), cebulą w ilości sztuk sześć i bez bułek! O kalafiorze nawet nie warto wspominać...
Ręce i cycki po prostu opadają.
Wy też tak macie, czy tylko ten mój "stary" taki wybitny???

post signature

niedziela, 12 maja 2013

Zamiast wędliny

W zasadzie prawie wcale nie kupuję wędliny. Tyle, co kilka plasterków dla Lenki, bo Nikodem przecież wędliny nie tyka! Ja osobiście wolę żółty serek:) Patrząc na te wszystkie oślizgłe ochłapy oferowane w sklepach, po prostu odechciewa się tego jeść. Bardzo trudno znaleźć kawałek dobrej szynki, która nie zzielenieje następnego dnia po zakupie.
Niekiedy jednak nachodzi mnie ochota na coś innego niż ser żółty. Wtedy zdecydowanie wolę sobie kupić kawałek dobrego mięcha i upiec je w piekarniku. Najczęściej jest to karczek, łopatka lub (tak, jak dzisiaj) kawałek schabu.
Mięsko nacieram ulubionymi przyprawami - vegetta, przyprawa do grilla, słodka papryka, majeranek i co mi tam jeszcze wpadnie pod rękę. Byle nie przesadzić! Podlewam odrobiną oleju, obkładam pokrojoną w plasterki cebulą i ząbkami czosnku i pozostawiam w lodówce do zamarynowania. Po kilku godzinach mięsko umieszczam w żaroodpornym naczyniu, dorzucam kilka listków laurowych, wlewam nieco wody i piekę około 1,5 godziny w średniej temperaturze - najpierw pod przykryciem a przez ostatnie 15-20 minut bez. Co jakiś czas zaglądam do naczynia i podlewam mięsko wywarem, w którym się piecze, żeby nie wyszło za suche.

Wychodzi przepysznie i znacznie taniej, niż gdybym kupowała gotową wędlinę. A w razie obiadowego kryzysu zawsze można ukroić grubszy plasterek i podać na ciepło z ziemniakami:)

post signature

sobota, 4 maja 2013

Kiedy to wszystko tak podrożało?

Przy dzisiejszych, nieco większych, niż zazwyczaj zakupach zaczęłam się mocno zastanawiać nad cenami poszczególnych produktów. Jakoś tak ostatnio, na którą półkę w sklepie nie spojrzeć, wszystko niepostrzeżenie podrożało. Niby niewiele, tu 50 groszy, tam 30, ale jak się tak wszystko zbierze do kupy, to wychodzi całkiem pokaźna suma!
Weźmy taki na przykład majonez. Jeszcze niedawno można go było nabyć za niecałe 4 zł, a dzisiaj oferowany jest w promocji za 5,99! W promocji! Kolejny produkt - olej. Porządny olej osiąga już niebotyczne ceny. Chyba zacznę kupować słoninę i przetapiać ją na smalec! Chociaż chyba na przykład naleśników na smalcu nie usmażę:)
Przy makaronach ręka mi normalnie zadrżała. Jak to 3,99??? Dopiero był po 2 zł z hakiem! Toż to szok! Kawę w promocji za ponad 7 zł kupowałam z ciężkim sercem, no ale jak tu żyć bez kawy? O żółtym serze, który uwielbiam, nawet nie wspomnę, bo szkoda moich nerwów. Nawet głupie przyprawy w torebkach, czy zwykłe galaretki, które jeszcze niedawno można było kupić za 0,99 zł, dziś kosztują już 1,29 zł.
Z jajkami przesadzali już dawno. A odkąd jeszcze zdrożały przed świętami wielkanocnymi kupuję je coraz rzadziej. Na szczęście dzieciaki za jajkami nie przepadają. Uwielbiają za to tosty, a chleb tostowy osiągnął już oszałamiającą cenę 5 zł.
Wciąż jednak najbardziej zadziwiają mnie ceny papieru toaletowego. Wszystko, co nie jest bardziej papierem ściernym niż toaletowym i nie kaleczy tyłka przy wycieraniu kosztuje powyżej 7 zł za 6 lub 8 rolek. A i to, jak się dobrze trafi. No ludzie, przecież to powinno kosztować grosze. Chyba taniej by wyszło, gdyby człowiek kupował chusteczki higieniczne:)

źródło: internet
post signature

piątek, 29 marca 2013

Skoro...

Skoro:

- pracuję 8 godzin dziennie,
- jakąś godzinę zajmuje mi dojazd i powrót z pracy,
- godzinę poświęcam na odstawienie i odebranie łupieży z przedszkola (zwłaszcza zimą),
- kolejną godzinę pochłaniają codzienne zakupy,
- pół godziny dziennie poświęcam na przygotowanie obiadu,
- kolejne pół godziny zajmuje mi jedzenie, karmienie, namawianie do jedzenia i inne tego typu atrakcje,
- około pół godziny, dzień w dzień, prasuję i szykuję łupieżom ciuchy do przedszkola,
- pół godziny zajmują mi codzienne prace porządkowe typu zmywanie czy odkurzanie,
- codziennie co najmniej przez pół godziny czytam dzieciom książeczki,
- około 2 godzin poświęcam na zabawę, oglądanie bajek i naukę z dziećmi,
- co najmniej 2 godziny przeznaczam na buszowanie po internecie,
- pół godziny dziennie poświęcam na czytanie własnych książek,
- około pół godziny muszę spędzić w wannie,
- następne pół godziny muszę poświęcić na kąpiel łupieży,
- co najmniej przez pół godziny dziennie usiłuję uśpić łupieże - Lenka przeważnie zasypia szybko, ale za to Nikodem musi obowiązkowo zdać mi relację z całego dnia,
- po Ich zaśnięciu jeszcze przez jakieś 3 godziny oglądam telewizję,
- załóżmy, że jeszcze pół godziny zajmują mi inne czynności, np. picie kawy czy rozmowy telefoniczne,

to kiedy ja, do jasnej cholery, śpię???

post signature

piątek, 22 marca 2013

Ludzik z lodówki

Dzisiaj z mojej lodówki uciekł ludzik, który jest odpowiedzialny za zapalanie i gaszenie światła. Tak stwierdziły moje dzieci, a oznacza to tyle, że po prostu przepaliła się żarówka w lodówce:)
Po głębokim namyśle i wnikliwej analizie wnętrza urządzenia chłodzącego, Nikodem doszedł do błyskotliwego wniosku, że ludzik jednak nie uciekł, tylko po prostu umarł z głodu, bo w lodówie było akurat nieco pustawo:)
źródło: internet

Z pewną nieśmiałością i mnóstwem wątpliwości (gdyż po raz pierwszy w życiu zdarzyło mi się nabywać żarówkę do lodówki) udałam się do Castoramy. Stanęłam w dziale oświetleniowym i oniemiałam: "Jak wśród tylu tysięcy przeróżnych żaróweczek mam znaleźć odpowiednią???". Jak na złość, w promieniu kilometra, nie było nikogo z obsługi. No nic, jakoś trzeba sobie radzić! Przecież nie będę dzwonić po pomoc przy byle żaróweczce! Dam radę!
Na szczęście zabrałam ze sobą starą, przepaloną żarówkę (czasami potrafię błysnąć inteligencją:P). Obejrzawszy dokładnie i bardzo wnikliwie mój zabytek, zaczęłam myszkować po półkach w poszukiwaniu odpowiedniego towaru. Po kilku minutach szczęśliwie znalazłam. Obejrzałam obrazek na pudełeczku, porównałam parametry (15W), otworzyłam pudełeczko i przymierzyłam gwincik - wszystko pasowało idealnie! Wciąż jeszcze nie wierząc w swoją bystrość i niewątpliwe szczęście, udałam się do punktu obsługi klienta celem ostatecznego upewnienia się.
Dorwałam miłego pana. Podetknęłam mu pod nos rękę z nowym pudełeczkiem i rękę z przepaloną żarówką i zapytałam rzeczowo:
- To, to będzie to???
Pan obejrzał, pokiwał głową i powiedział:
- Tak, to jest to. To do lodówki ma być?
- Tak, a skąd pan wie?
- Jest napisane na opakowaniu.
Wyrwałam mu pudełeczko i zapatrzyłam się w nie, jak sroka w gnat. Faktycznie, na samym froncie, jak wół, widniał napis "żarówka lodówkowa". A ja przez pół godziny oglądałam to pudełko ze wszystkich możliwych stron i wczytywałam się we wszelkie możliwe symbole. Dosyć spory napis jakoś umknął mojej uwadze!
Nie ma to, jak posłać babę do Castoramy:) Niemniej jednak jestem z siebie dumna - poradziłam sobie! I na dodatek jestem bogatsza o kolejne życiowe doświadczenie - już wiem, jak kupić żarówkę do lodówki! Następnym razem może nauczę się ją zmieniać:) Najważniejsze, że do naszej lodówki powrócił ludzik od światła:)


post signature

niedziela, 17 marca 2013

Trawa ozdobna

Od tej przeciągającej się w nieskończoność zimy już po prostu głupieję. Dlatego, kiedy wczoraj w Tesco zobaczyłam trawę ozdobną do wyhodowania w domu, natychmiast ją nabyłam. Cena nieco wygórowana - 9,99zł za pojemniczek, ale już mi się bardzo marzy zielona trawka, może być nawet w domu:)


W białym, kwadratowym pojemniczku ukryta jest torebka z ziemią i torebka z nasionkami trawy. Według instrukcji na dno należy wrzucić kilka kamyczków, nasypać nieco ziemi, wysiać nasionka, których jest strasznie dużo i całość zasypać resztą ziemi. Następnie należy trawę delikatnie podlać, przykryć pojemnik folią, postawić w ciepłym, słonecznym miejscu i czekać na wykiełkowanie:)

 Wszystko to zrobiliśmy wczoraj i teraz niecierpliwie czekamy na efekty. Ciekawe, czy coś nam wyrośnie? Miłej, słonecznej niedzieli życzę:)
post signature

czwartek, 7 marca 2013

Talerzyki i miseczki

Łupieże ciągle chcą mieć coś nowego. Cieszy Ich dosłownie wszystko. Ostatnio w Tesco wypatrzyli sobie zestaw kolorowych talerzyków i miseczek oraz podkładkę na stół. Ponieważ cena była przystępna, dokonaliśmy zakupu.

Zestaw czterech różnokolorowych talerzyków kosztował 3,99 zł, tyle samo zestaw czterech miseczek. Podkładka na stół w gruszki kosztowała 3,49 zł.
Naczynia doskonale nadają się do zabawy, jak również do normalnego na nich jedzenia. W dniu dzisiejszym łupieże skonsumowały na tej zastawie po wielkim naleśniku z jogurtem truskawkowym i górą bitej śmietany, bo tak lubią najbardziej:)



post signature

czwartek, 7 lutego 2013

Rzadki to widok...

Rzadki to widok, oj bardzo rzadki, kiedy łyżka znika w buzi Nikodema. I to raz za razem!!!

Od tygodnia Nikodem dopominał się o płatki Nesquik Alfabet, bo dali Mu takie w przedszkolu i były bardzo dobre. Płatków szukałam wszędzie - nie było ani ich w Tesco, ani w Biedronce, ani w Kauflandzie, ani w Lidlu, ani w Carrefourze ani w żadnym innym z dostępnych w mojej okolicy sklepów:(
Aż w końcu dzisiaj szczęśliwie znalazłam! Wstawili te cholerne alfabety do Tesco. Od razu nabyłam dwie paczki.

Normalnie, aż miło popatrzeć, jak cała micha płatków znika w brzuszku mojego meganiejadka:) Nesquikowi bardzo dziękujemy!





post signature

sobota, 15 grudnia 2012

Niezły bigos

Sobota dziś, więc czas najwyższy zacząć się jakoś ogarniać na święta:) W zasadzie planowałam zrobić dzisiaj selekcję dziecięcych zabawek, ale ponieważ Dziadek uraczył nas kubełkiem kiszonej kapusty, wzięłam się za pichcenie świątecznego bigosu.
Dzieciaki zostały wyekspediowane z Ojcem do drugiego Dziadka, a ja zabrałam się za kapuchę.
Grzybki zostały namoczone, boczuś i mięsko pokrojone w kosteczkę, kapucha kiszona i kapucha biała poszatkowane i teraz pyrgają sobie powolutku w garze:)





A Wy co dzisiaj przygotowujecie na święta???


post signature

piątek, 14 grudnia 2012

Lista świątecznych zakupów:

Powoli zaczynam myśleć nad tym, co należy kupić przed świętami. I powoli zaczyna ogarniać mnie przerażenie:) Chyba będę musiała wynająć samochód dostawczy, żeby dotargać to wszystko do domu. No i oczywiście obrabować bank, żeby na wszystko starczyło!
Na dzień dzisiejszy w mojej głowie zrodziła się taka oto lista zakupów (są to tylko produkty spożywcze, o prezentach, ozdobach świątecznych i innych bajerach "okołochoinkowych" wolę nawet nie myśleć!):
- chleb i mleko,
- masło i jajka,
- przyprawy,
- chrzan, majonez, musztarda, ketchup,
- cukier, mąka,
- cukier puder, cukier waniliowy,
- proszek do pieczenia,
- kawa!!!
- ser żółty,
- kapusta kiszona,
- wędliny i mięso (im więcej, tym lepiej),
- warzywa w dużych ilościach,
- owoce - w ilościach jeszcze większych,
- puszki - kukurydza, groszek zielony, fasola czerwona...
- rybki żywe i martwe,
- bułka tarta,
- napoje zimne,
- rodzynki,
- mak,
- bita śmietana,
- olej,
- żarcie dla kota,
źródło: internet

I to wszystko na dwa dni żarcia! Istny obłęd!!! A na pewno zapomniałam jeszcze o milionie innych, niezbędnych rzeczy...

post signature

czwartek, 8 listopada 2012

Getry

Lenka kocha getry. Legginsy są Jej ulubionym strojem do przedszkola, na co dzień i od święta. Nie chodzi praktycznie w niczym innym.  Spodni jeansowych nie toleruje zupełnie. Mówi, że Ją uwierają. Rajstopy i sukienki zakłada tylko i wyłącznie na przedszkolne uroczystości. Od czasu do czasu skłonna jest jedynie wcisnąć się w jakieś dresy. Wcale się Jej nie dziwię. W końcu legginsy są z tego wszystkiego z całą pewnością najwygodniejsze.
Na dzisiejszych zakupach w Tesco naciągnęła nas na kolejny dwupak legginsów, tym razem z wizerunkiem Myszki Minnie.


Szałowy ten zestaw legginsów kosztował całe 45 zł. Uważam, że to lekka przesada! W dodatku upatrzyłam dla Niej nieco inny dwupak w znacznie rozsądniejszej cenie, no i nie w tym koszmarnym różowym kolorze, którego mam powyżej wszystkiego.
Ale ponieważ Lenka ma w sobotę imieniny, a na dokładkę z portfela wyskakiwał dzisiaj tatuś, który córeczce niczego nie odmawia, stanęło na Myszce Minnie:)


No i niech ma! W końcu to nie ja będę w nich chodzić i nie mi mają się podobać:)

post signature

sobota, 13 października 2012

Wieszaczki na drzwi i szafki

W czwartek zakupiłam w Biedronce bardzo sprytne wieszaczki na drzwi i na szafki. Cztery sztuki za oszałamiającą cenę 4,99zł:) Bardzo przydatny gadżet! W moim przypadku znajdą one zastosowanie na kuchennych szafkach.


Oczywiście dwa wieszaczki z miejsca zostały zarekwirowane przez łupieże. Przywiesili je sobie na łóżku piętrowym. Na jednym Nikodem powiesił rękawiczki (żeby Mu nie zginęły i żeby zawsze wiedział gdzie są!), na drugim Lenka ulokowała swój plecak.


Zdjęcia kiepskiej jakości, ale właśnie wysiadła mi lampa błyskowa w aparacie:( Niemniej jednak z wieszaczków jestem bardzo zadowolona:)
post signature

sobota, 6 października 2012

Zgubiłam dziecko w sklepie...

Właśnie wróciliśmy ze sklepu. Ciągle jestem roztrzęsiona i zdenerwowana, bo udało mi się zgubić Lenkę! Wprawdzie odnalazła mi się po dwóch minutach, ale i tak ciągle jestem w szoku.
Zrobiliśmy zakupy, odeszliśmy od kasy i skierowaliśmy kroki do wyjścia. W ostatniej chwili przypomniało mi się, że muszę jeszcze zajrzeć do punktu obsługi klienta. Rzuciłam więc do dzieciaków:
- Idziemy jeszcze na chwilkę tam! - machnęłam ręką w kierunku punktu.
I poszliśmy, tzn. wydawało mi się, że poszliśmy, bo gdy się odwróciłam po kilku sekundach za sobą zobaczyłam tylko Nikodema.

czwartek, 30 sierpnia 2012

W biegu...

Gdzie się podziało moje urlopowe słodkie lenistwo? Spanie do południa (no dobra, przy łupieżach to raczej max do 7.00), godzinne celebrowanie każdego posiłku, czytanie książeczek, nawet sprzątanie z nudów! No gdzie???
Ostatnio doba mocno mi się skurczyła i wszystko robię w biegu. Nawet, za przeproszeniem, wysrać się spokojnie nie można!
Rano ściąganie łupieży na siłę z łóżek, bieg do przedszkola, buzi-buzi i pędem do roboty. W pracy zanim się człowiek obejrzy - już 16.00 i znowu bieg do przedszkola i wyciąganie przemocą łupieży z przedszkolnego placu zabaw.
Potem jakieś błyskawiczne zakupy. Jak dla mnie zbyt błyskawiczne! Po wyjściu ze sklepu okazuje się, że połowy potrzebnych rzeczy nie kupiłam.
Następnie jakieś dziwne nadprogramowe sprawy - a to na pocztę trzeba lecieć, a to odebrać od dziadka gotowe przetwory na zimę (moje zostały zeżarte, więc teraz dziadek wspomaga swoimi), a to dzieciom kapcie i inne piórniki do przedszkola kupić.
A łupieże ciągle marudzą, że na plac zabaw chcą. No więc, po załatwieniu wszystkich koniecznych i pilnych spraw lądujemy w końcu na tym upiornym placu i tam mogę chwilę odsapnąć.
Co z tego jednak, kiedy do domu wracamy po nocy, a tu ani obiad, ani pranie, ani tym bardziej prasowanie za cholerę nie chcą się zrobić same:( Obiady gotuję więc po nocy. Pranie na balkonie wieszam przy bardzo romantycznej pełni księżyca. Niestety, księżyc jakkolwiek bardzo jasny, nijak prania wysuszyć nie chce.
Wobec powyższego dziś rano stanęłam przed dylematem, czy iść do pracy w mokrej bluzce, czy też może w samym biustonoszu? Nie namyślając się długo, wykorzystałam patent zasłyszany ostatnio w pracy. Co zrobić z niedosuszoną, wilgotną bluzką??? Żadne tam żelazka, czy inne suszarki. Patent jest banalny w swojej prostocie. Bluzkę należy po prostu wsadzić na kilka minut do...kuchenki mikrofalowej:) Działa!!! Ale chyba nie jest to patent godny polecenia:)

post signature

czwartek, 12 lipca 2012

Doping!!!

Taszczę siaty z zakupami po schodach. Wprawdzie tylko na pierwsze piętro, ale w siatach jest i pięć kilo ziemniaków, i trzy litry wody, i soki, i mleko i chleb razem z bułkami, parówki, jogurty i sto tysięcy innych rzeczy. Sama nie wiem, jak to wszystko przydźwigałam ze sklepu!
Łupieże ciągną się gdzieś z tyłu pogryzając lody i kłócąc się zawzięcie o paczkę chipsów. Ręce mi powoli odpadają, więc usiłuję trochę popędzić towarzystwo:
- Szybciej Dzieciaki, bo mamusi jest bardzo ciężko z tymi zakupami!
Na co odzywa się Nikodem:
- Spoko, Mamo! Jeszcze tylko jedne schodki! To bardzo malutko, dasz radę!!!
Nie no, jasne. A ja głupia spodziewałam się propozycji w stylu: "Daj Mamusiu chociaż jedną butelkę z wodą, to Ci pomogę dźwigać".
Zero empatii i chęci niesienia pomocy, kompletna znieczulica:)

środa, 23 maja 2012

Dzień wolny!

Na jutro wzięłam sobie wolne. Po pierwsze dlatego, że moja biedna, chora noga musi odpocząć. A po drugie dlatego, że jutro w przedszkolu u Lenki o godz. 15.00 jest Dzień Rodziców i znowu musiałabym się zwalniać z pracy, a wolę swojego szefa nie drażnić teraz takimi prośbami, bo ostatnio jest nie w sosie:)
Już mi się jawiło błogie lenistwo przed telewizorem, wylegiwanie się do południa w łóżku z książką w ręku, czytanie blogowych zaległości, pisanie nowych postów z nogą wyciągniętą i wygodnie ułożoną na stu dwudziestu poduszkach. Już byłam w ogródku, już witałam się z gąską...
I niespodziewanie do mojej głowy zaczęły wdzierać się niepokojące myśli o tysiącu zaległych i drugim tysiącu koniecznych do zrobienia czynności. Na mojej liście zadań, zamiast zaplanowanego i zasłużonego odpoczynku pojawiły się prace, które absolutnie nie pomogą mojej nodze w szybkim wyleczeniu.
Są to m. in.:
- zakupy - no przecież trzeba coś jeść,
- pranie - to zawsze jest czynnością zaległą,
- cerowanie - bo nigdy nie ma na to czasu, więc może w końcu jutro się uda,
- zmiana kociego piasku - bo już by wypadało,
- prasowanie - podobnie, jak pranie, zawsze zalega,
- przegląd dzieciowej szafy z ciuchami - hehehehe, syzyfowa praca - to się przyda, tamto jeszcze może kiedyś założy, to się zeszyje, a tamto zaceruje (nie wiem kiedy!),
- zmiana pościeli - bo przecież już trzeba,
- przesadzanie kwiatków - no w tym momencie już przesadziłam...
Zdenerwowałam się i przypomniałam sobie, że wzięłam sobie wolne po to, żeby odpocząć, a nie po to, żeby się zaharowywać. I postanowiłam, że jutro wyciągnę nogę na poduszkach i oddam się słodkiemu lenistwu. Nie kiwnę nawet jednym palcem. Oczywiście poza zakupami, zmianą kociego piasku, praniem... Cholera, beznadziejny przypadek:)

sobota, 28 kwietnia 2012

Właśnie wróciliśmy z zakupów

Poszliśmy sobie na zakupy do Tesco. Już w połowie drogi zdejmowałam dzieciom bluzy, bo upał panuje u nas niemiłosierny. Wieje wprawdzie lekki wiaterek, ale absolutnie nic nie daje, bo jest po prostu gorący. No owszem, zapowiadali 30 stopni, ale jakoś nie chciało mi się w to wierzyć:)
Po wyjściu ze sklepu, łupieże zakupiły sobie po porcji frytek z ketchupem i skonsumowały je na stojąco przy pięknym sklepowym pojemniku na piasek. Teraz mi pewnie nie zjedzą obiadu:)


Siedzimy w domu i przeczekujemy największy upał - normalnie niczym latem. Posadziliśmy wspólnie kwiatki w skrzynkach na balkonie. Teraz ja gotuję obiad, a łupieże robią przegląd zabawek do piaskownicy. I już nie mogą się doczekać wyjścia na dwór.

wtorek, 17 kwietnia 2012

Kolejna koszmarna maskotka

Najpierw był  koszmarny różowy jednorożec Lenki, a dzisiaj Nikodem wypatrzył na wyprzedaży kolejne paskudztwo - dinozaura:)
Męczył i nudził tak długo, aż musiałam nabyć śliczne to stworzonko. Dobrze, że kosztowało jedynie 8 złotych polskich. Teraz łupieże biegają i straszą nim kota.


wtorek, 13 marca 2012

Kolejny pochmurny dzień

I znowu brak słońca:( Niebo szare, zachmurzone, wiosna najwyraźniej nie zamierza przyjść w tym roku:( Lenka mówi, że chyba gdzieś się po drodze zgubiła i nie może do nas trafić:)
Dzisiaj mam trochę luźniejszy dzień, bo zaraz lecę na szkolenie - nudne, bo nudne, ale potem poprawię sobie może humor zakupami:)
Dzieciaki już odtransportowane do przedszkola, teraz chyba trzasnę sobie drugą kawkę. I posiedzę godzinkę w błogiej ciszy i spokoju - rzadka rzecz w tym domu!
Miłego dnia życzę...

poniedziałek, 27 lutego 2012

Urząd Skarbowy działa błyskawicznie:)

W tym roku rozliczenie PIT-a wysłałam do Urzędu Skarbowego 17-go lutego. Dzisiaj wchodzę na konto, sprawdzam stan, a tu niespodzianka - zwrot podatku:) Zajęło im to równo 10 dni - jestem pod wielkim wrażeniem:) Bardzo pozytywnie mnie zaskoczyli w tym roku.
Będzie można trochę poszaleć na zakupach!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Drukuj