Ciąg dalszy świątecznego przedpołudnia wyglądał tak, że dzieci nieco się zmęczyły i postanowiły odpocząć (przez 5 sekund). Głupie miny do zdjęcia to nasza specjalność!
Następnie łupieże postanowiły przygotować sprzęt sikający na Lany Poniedziałek i zaczęły okupować łazienkę. W końcu dobry trening, to podstawa!
Po kompletnym zamoczeniu łazienki i okolic, łupieże postanowiły zregenerować siły z zaciszu swojego biurka, tzn. wczołgały się pod biurko, przykryły kołderką i udawały, że są pieskami odpoczywającymi po polowaniu na kota.
Wszystkie te czynności zajęły łupieżom czas mniej więcej do południa. Resztę dnia spędziliśmy u Dziadka, gdzie łupieże szalały z resztą licznej rodziny do godziny 20.00. Siłą wyciągaliśmy ich do domu!
Takie dni, jak dzisiejszy niezmiennie przypominają mi, jak dobrze mieć liczną rodzinę. Chciałabym, żeby moje dzieci zachowały te rodzinne więzi i w przyszłości czerpały z nich same korzyści. Chociaż, jak wiadomo, w życiu różnie bywa, a z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu.
O wszystkim i o niczym. O rzeczach ważnych, mniej ważnych i tych zupełnie błahych. Zapiski z codziennego, beztroskiego życia moich diabelskich łupieży: Lenki i Nikodema. "Dzieci najuważniej słuchają, kiedy mówi się nie do nich" — Eleonora Roosevelt
niedziela, 8 kwietnia 2012
Jak mijają nam święta???
Za oknami zima, z nieba pada śnieżek - pogoda lepsza, niż na Boże Narodzenie. Szaro, buro i bardzo, bardzo ponuro. Zero słońca, zero wiosny!
Dzieci mocno się nudzą:) Lenka wstała o 7.00 i kazała sobie włączyć bajki na komputerze. Dobrze, że ojciec też ranny ptaszek, więc my z Nikodemem mogliśmy pognić w łóżkach do 9.00!
Dzień świąteczny młodzież rozpoczęła od szalonego tańca w piżamach.
Po świątecznym śniadaniu nadszedł czas na głupie zabawy:) Najpierw chowali się pod dywanikiem w przedpokoju i stroili głupie miny do lustra w szafie.
Potem zabrali się za układanie puzzli i malowanie. Nikodem namalował koszyczek wielkanocny a Lenka pokolorowała zajączka.
Następnie te dzieła sztuki zostały tradycyjnie poprzyczepiane na lodówce.
A ponieważ post już zrobił się zdecydowanie za długi, reszta relacji w następnym:) Może wieczorkiem, a może dopiero jutro. Na razie idziemy na świąteczny obiad do Dziadka. Miłego świętowania życzę!
Dzieci mocno się nudzą:) Lenka wstała o 7.00 i kazała sobie włączyć bajki na komputerze. Dobrze, że ojciec też ranny ptaszek, więc my z Nikodemem mogliśmy pognić w łóżkach do 9.00!
Dzień świąteczny młodzież rozpoczęła od szalonego tańca w piżamach.
Po świątecznym śniadaniu nadszedł czas na głupie zabawy:) Najpierw chowali się pod dywanikiem w przedpokoju i stroili głupie miny do lustra w szafie.
Potem zabrali się za układanie puzzli i malowanie. Nikodem namalował koszyczek wielkanocny a Lenka pokolorowała zajączka.
Następnie te dzieła sztuki zostały tradycyjnie poprzyczepiane na lodówce.
A ponieważ post już zrobił się zdecydowanie za długi, reszta relacji w następnym:) Może wieczorkiem, a może dopiero jutro. Na razie idziemy na świąteczny obiad do Dziadka. Miłego świętowania życzę!
sobota, 7 kwietnia 2012
Nasz koszyczek
W naszym tegorocznym koszyczku znalazł się i cukrowy baranek, i kurczaczek, i ręcznie robione przez łupieże wściekle kolorowe pisanki, i nawet zmieściło się Nikodemowe styropianowe "strusie jajo" wykonane przez Niego w przedszkolu (to to wyklejone łowicką wycinanką). Z trudem upchnęłam solniczkę w kształcie zajączka, kiełbaskę i chlebek. W przyszłym roku muszę pomyśleć o większym koszyczku:)
Koszyczek został szczęśliwie poświęcony. Lenka osobiście zaniosła go do kościoła. Nikodem - antychryst, stwierdził kategorycznie, że on po żadnych kościołach łaził nie będzie i możemy sobie iść sami. Został więc odtransportowany do Dziadka, gdzie z ochotą zaległ przed telewizorem rozpoczynając świąteczny sezon bajkowy. Leniwiec jeden!
Zaopatrzeni jeszcze w Dziadkowy koszyczek ruszyliśmy resztą rodziny do kościoła. Zimno było i pochmurno, a mimo to ksiądz święcił jaja na świeżym powietrzu, przed wejściem do kościoła. Na szczęście robił to szybko, oszczędzając sobie i innym długich kazań.
Koszyczek został szczęśliwie poświęcony. Lenka osobiście zaniosła go do kościoła. Nikodem - antychryst, stwierdził kategorycznie, że on po żadnych kościołach łaził nie będzie i możemy sobie iść sami. Został więc odtransportowany do Dziadka, gdzie z ochotą zaległ przed telewizorem rozpoczynając świąteczny sezon bajkowy. Leniwiec jeden!
Zaopatrzeni jeszcze w Dziadkowy koszyczek ruszyliśmy resztą rodziny do kościoła. Zimno było i pochmurno, a mimo to ksiądz święcił jaja na świeżym powietrzu, przed wejściem do kościoła. Na szczęście robił to szybko, oszczędzając sobie i innym długich kazań.
Alleluja!!!
Zdrowia,szczęścia i radości
niech Wam uśmiech w sercach gości
a zajączek piękny, biały
niech przyniesie koszyk cały
jajek złotych, kolorowych
i miłości cały worek.
niech Wam uśmiech w sercach gości
a zajączek piękny, biały
niech przyniesie koszyk cały
jajek złotych, kolorowych
i miłości cały worek.
piątek, 6 kwietnia 2012
Bajki na dobranoc - Chatka Puchatka - rozdział III
Rozdział III, w którym zostaje zorganizowane poszukiwanie Małego i Prosiaczek znów spotyka Słonia
Pewnego dnia Puchatek siedział u siebie w domu i liczył garnczki miodu, gdy nagle ktoś zapukał do drzwi.
- Czternaście – powiedział Puchatek. – Proszę wejść. Czternaście. Zaraz, a może piętnaście? Masz ci los! Ktoś mi przeszkodził.
- Dzień dobry, Puchatku! – rzekł Królik.
- Jak się masz, Króliku! Czternaście, prawda?
- Czego czternaście?
- Garnczków miodu, które liczyłem.
- Tak, czternaście.
- Czy aby na pewno?
- Nie – odparł Królik. – Ale co za różnica?
-
Tak tylko chciałem wiedzieć – powiedział Puchatek potulnie. – Żebym
mógł sobie powiedzieć: „Zostało mi jeszcze czternaście garnczków miodu”.
A może piętnaście?
-
Więc przypuśćmy, że szesnaście – powiedział Królik. – Przyszedłem po to,
żeby cię zapytać, czy nie wiesz czasem, gdzie jest Mały.
- Zdaje się, że nie – odparł Puchatek. Po czym pomyślał trochę i zapytał: - A kto to jest Mały?
- Jeden z moich krewnych-i-znajomych – odparł Królik lekceważąco.
Niewiele
to powiedziało Puchatkowi, ponieważ Królik miał tak dużo
krewnych-i-znajomych tak rozmaitych rodzajów i wielkości, że nie wiadomo
było, czy Małego należy szukać gdzieś na wierzchołku drzewa, czy na
płatku jaskra.
-
Nie widziałem dziś w ogóle nikogo – powiedział Puchatek – komu można
byłoby powiedzieć: „Jak się masz, Mały!”. A na co ci on potrzebny?
-
Ja go nie potrzebuję – odparł Królik – ale zawsze jest dobrze wiedzieć,
gdzie jest jaki krewny-i-znajomy, czy się go potrzebuje, czy nie.
- Aha, rozumiem – rzekł Puchatek. – Czy on zaginął?
-
Otóż jest taka sprawa – powiedział Królik – że od dłuższego czasu nikt
go nie widział, więc przypuszczam, że zaginął. W każdym razie – ciągnął
dalej z bardzo ważną miną – obiecałem Krzysiowi, dezorganizuję
Poszukiwanie, żeby go odnaleźć. Więc chodź ze mną.
Puchatek
pożegnał serdecznie swoje czternaście garnczków miodu i mając błogą
nadzieję, że jest ich piętnaście, razem z Królikiem poszedł w głąb Lasu.
- Więc teraz – powiedział Królik – rozpoczynamy Poszukiwanie, które ja Zorganizowałem.
- Coś ty z nim zrobił?
- Zorganizowałem. To znaczy, że -
czyli że to jest to, co się robi z Poszukiwaniem, kiedy każdy szuka w
innym miejscu. Chodzi mi o to, Puchatku, żebyś ty najpierw szukał
w okolicy Sześciu Sosen, a potem poszedł do Sowy i tam czekał na mnie.
Rozumiesz?
- Nie – odpowiedział Puchatek. – Co mam zrobić?
- Więc spotkamy się przed domem Sowy mniej więcej za godzinę.
- Czy Prosiaczek też jest zorganizowany?
- Wszyscy jesteśmy zorganizowani – odparł Królik i poszedł.
Puchatek,
gdy tylko Królik znikł mu z oczu, przypomniał sobie, że zapomniał
zapytać, kto to jest Mały. Czy należy do tego rodzaju
krewnych-i-znajomych, którzy siadają komuś na nosie, czy też do tych, na
których się przez pomyłkę nadeptuje. A ponieważ było już za późno, aby
się dowiedzieć, Puchatek pomyślał, że zacznie Poszukiwanie od szukania
Prosiaczka i zapytania go, czego oni właściwie szukają, zanim sam
zacznie szukać.
-
Nie będę chyba szukał Prosiaczka przy Sześciu Sosnach – rzekł Puchatek
do siebie – ponieważ został on zorganizowany w zupełnie innym miejscu,
więc najpierw poszukam Zupełnie Innego Miejsca. Ciekaw jestem, gdzie ono
jest. – I ułożył sobie w głowie taki plan:
KOLEJNOŚĆ SZUKANIA ROZMAITYCH RZECZY
1. Zupełnie Inne Miejsce – (żeby znaleźć Prosiaczka).
2. Prosiaczek – (żeby dowiedzieć się, kto to jest Mały).
3. Mały – (żeby znaleźć Małego).
4. Królik – (żeby powiedzieć mu, że znalazłem Małego).
5. Znowu Mały – (żeby powiedzieć mu, że znalazłem Królika).
„Z czego wynika, że zanosi się na bardzo kłopotliwy dzień” – myślał Puchatek idąc Lasem.W
chwilę potem okazało się, że dzień był naprawdę kłopotliwy, gdyż
Puchatek tak był zajęty niepatrzeniem, którędy idzie, że stąpnął na
kawałek Lasu, który był przez pomyłkę wpuszczony w ziemię. Więc miał
tylko tyle czasu, aby móc pomyśleć: „Ja fruwam. Robię to, co robi Sowa.
Ciekaw jestem, jak się zatrzymać...” – gdy nagle zatrzymał się. Bęc!
- Aj! – coś zapiszczało.
„To dziwne – pomyślał Puchatek. – Powiedziałem „aj”, wcale nie ajając”.
- Pomocy! – zakwiczał piskliwy, wysoki głos.
„To znowu ja –
pomyślał Puchatek. – Miałem Wypadek i wpadłem do studni, i mój głos stał
się piskliwy, i wydobywa się ze mnie, choć ja wcale tego nie chcę,
ponieważ coś sobie zrobiłem w środku. Masz ci los!”
- Pomocy! Pomocy!
„Znów to samo. Mówię
rozmaite rzeczy, choć wcale nie mam zamiaru tego robić. Musiał mi się
wydarzyć Bardzo Przykry Wypadek”. I potem pomyślał, że może, gdyby
chciał naprawdę coś powiedzieć, wcale by tego nie potrafił. Więc, aby
się upewnić, powiedział głośno: - Bardzo Przykry Wypadek spotkał Kubusia
Puchatka.
- Puchatku! – pisnął głosik.
- To Prosiaczek! – zawołał Puchatek. – Gdzie jesteś?
- Pod spodem – rzekł Prosiaczek w sposób bardzo podspodni.
- Pod spodem czego?
- Ciebie – kwiknął Prosiaczek. – Wstań!
- Och – powiedział Puchatek i zerwał się szybko. – Czy ja spadłem na ciebie, Prosiaczku?
- Spadłeś na mnie – potwierdził Prosiaczek, macając się na wszystkie strony.
- Ja naprawdę nie chciałem – rzekł Puchatek z żalem.
-
I ja nie chciałem być pod spodem – powiedział Prosiaczek ze smutkiem. –
Ale na szczęście nic się złego nie stało, Puchatku, i tak się cieszę,
że to byłeś ty.
- Co to było? – spytał Puchatek. – Gdzie my jesteśmy?
- Zdaje się, że jesteśmy w jakimś Dole.
Szedłem sobie szukając kogoś i nagle już mnie nie było, i akurat kiedy
wstałem, żeby zobaczyć, gdzie jestem, coś spadło na mnie i to byłeś ty.
- Ach tak! – westchnął Puchatek.
- Puchatku – powiedział Prosiaczek z niepokojem i przytulił się do niego trochę mocniej – a może wpadliśmy w Pułapkę?
Puchatek
w tej chwili wcale o tym nie myślał, ale teraz skinął łebkiem, gdyż
nagle przypomniał sobie, jak to kiedyś razem z Prosiaczkiem urządzili
Misiową Pułapkę na Słonie, i teraz zrozumiał, co się stało: on i
Prosiaczek wpadli do Słoniowej Pułapki na Misie. Ot, co się stało.
- A co będzie, kiedy przyjdzie Słoń? – spytał Prosiaczek drżąc, gdy usłyszał te okropne wieści.
- Może on cię nie zauważy, Prosiaczku – pocieszał go Puchatek – bo ty jesteś Bardzo Małym Zwierzątkiem...
- Ale on zauważy ciebie, Puchatku.
-
Tak, zauważy mnie, a ja jego zauważę – mówił Puchatek z namysłem – i
będziemy się zauważać – on mnie, a ja jego przez długi czas, a potem on
powie: „ho-ho”.
Prosiaczek wzdrygnął się lekko na myśl o tym „ho-ho” i zaczęły mu dygotać uszka.
- A cco tty mmu ppowiesz? – zapytał.
Puchatek
spróbował pomyśleć o czymś, co mógłby odpowiedzieć, ale im bardziej
myślał, tym bardziej czuł, że nie ma żadnej odpowiedzi na „ho-ho”
powiedziane przez Słonia takim głosem, jakim ten Słoń to powie.
- Nic mu nie odpowiem – rzekł w końcu Puchatek – tylko mruknę do siebie samego, jakbym czekał na coś.
- A może on znowu powie „ho-ho”? – zapytał Prosiaczek drżąc.
- Powie – odparł Puchatek.
Uszy Prosiaczka zaczęły dygotać tak szybko, że musiał przyłożyć je do brzegu Pułapki, aby utrzymać je w spokoju.
-
Powie to znowu – rzekł Puchatek – a ja będę dalej mruczał i to go
zaniepokoi, bo jeżeli ktoś mówi dwa razy „ho-ho” w sposób żarłoczny, a
druga osoba tylko mruczy, i kiedy ten ktoś po raz trzeci zaczyna mówić
„ho-ho”, to znaczy, że...
- Że co? – spytał Prosiaczek zdumionym szeptem.
- Że to nie jest... –rzekł Puchatek.
- Co nie jest?
Puchatek wiedział, co ma na myśli, ale ponieważ był Misiem o Bardzo Małym Rozumku, więc nie potrafił tego wyrazić słowami.
- Chcesz powiedzieć, że to nie jest takie hohohiczne... – rzekł Prosiaczek pełen nadziei.Puchatek
spojrzał na niego z podziwem, i powiedział, że to właśnie miał na
myśli, ponieważ nie można mówić „ho-ho”, kiedy tamten sobie w najlepsze
mruczy.
-A jeżeli on powie co innego? – spytał Prosiaczek.
-
Otóż właśnie. On wreszcie powie: „Co to wszystko znaczy?”. A ja wtedy
powiem – i to jest świetna myśl, Prosiaczku, która w tej chwili właśnie
przyszła mi do głowy – ja powiem: „To jest Pułapka na Słonie, którą ja
sporządziłem, i czekam, żeby Słoń w nią wpadł”. I będę dalej mruczał.
Wtedy on się bardzo Zmiesza.
- Puchatku! – zawołał Prosiaczek... i teraz on z kolei spojrzał z podziwem na Puchatka. – Uratowałeś nas!
- Tak myślisz? – zapytał Puchatek, nie będąc tego zupełnie pewnym.
Za to Prosiaczek był zupełnie pewien. I biegł myślą coraz dalej i dalej, i widział Puchatka i Słonia, rozmawiających
ze sobą, i nagle pomyślał ze smutkiem, jakby to było pięknie, gdyby to
on, Prosiaczek, rozmawiał ze Słoniem tak godnie, a nie Puchatek, chociaż
on Puchatka bardzo a bardzo kochał. Bo prawdę mówiąc, to on,
Prosiaczek, miał więcej rozumu niż Puchatek i rozmowa toczyłaby się
lepiej, gdyby on, Prosiaczek, a nie Puchatek, był w niej jedną ze stron.
A potem, po jakimś czasie, byłoby tak miło wspominać wieczorami ten
dzień, kiedy to tak odważnie rozmawiał ze Słoniem, tak jakby Słonia
wcale nie było. Teraz to mu się wydawało takie łatwe. O, Prosiaczek
wiedział dokładnie, jak będzie mówił ze Słoniem:
SŁOŃ (żarłocznie): Ho-ho!
PROSIACZEK (od niechcenia): Tra-la-la! Tra-la-la!
SŁOŃ (zdziwiony i już nie tak pewny siebie): Ho-ho!
PROSIACZEK (coraz bardziej lekceważąco): Ta-ram-pa-pam, ta-ram-pam-pam.
SŁOŃ (zaczyna mówić”ho-ho” i zmienia to niezręcznie w chrząkanie): Hm... Co to wszystko znaczy?
PROSIACZEK (zdziwiony): Och, to jest po prostu pułapka, którą zastawiłem, i czekam na Słonia, żeby się w nią złapał.
SŁOŃ (ogromnie zmieszany): Ooo... (Po długim milczeniu). Czy to prawda?
PROSIACZEK: Tak.
SŁOŃ (niespokojnie): O! Myślałem... myślałem, że to jest pułapka, którą ja zastawiłem, żeby nałapać Prosiaczków.
PROSIACZEK (zdziwiony): Ale skąd?
SŁOŃ: W takim razie przepraszam. (Usprawiedliwiając się). Musiałem... musiałem się pomylić.
PROSIACZEK: Mam wrażenie, że tak. (Uprzejmie). Bardzo mi przykro. (Nuci pod nosem).
SŁOŃ: W takim razie myślę, że będzie lepiej, jeśli sobie pójdę.
PROSIACZEK (niedbale): Cóż, jeśli musisz – to trudno. A gdybyś przypadkiem zobaczył Krzysia, to powiedz mu, że chciałbym się z nim widzieć.
SŁOŃ (skwapliwie i przymilnie): Oczywiście, oczywiście (i pędem ucieka).
PUCHATEK (który miał być nieobecny, ale okazuje się, że bez niego nie można się obejść): Ach, Prosiaczku, jakiś ty dzielny i mądry!
PROSIACZEK (skromnie): Och, wcale nie, Puchatku. (I potem, gdy zjawia się Krzyś, Puchatek może mu o wszystkim opowiedzieć).
Kiedy Prosiaczek tak sobie rozkosznie marzył, a Puchatek zastanawiał się znowu, czy było ich czternaście, czy piętnaście, Poszukiwania Małego trwały w dalszym ciągu po całym Lesie. Mały w rzeczywistości nazywał się Bardzo Mały Żuczek, ale dla skrótu nazywano go po prostu Mały, jeśli w ogóle cokolwiek mówiło się o nim, co zresztą rzadko się zdarzało.
Kiedy Prosiaczek tak sobie rozkosznie marzył, a Puchatek zastanawiał się znowu, czy było ich czternaście, czy piętnaście, Poszukiwania Małego trwały w dalszym ciągu po całym Lesie. Mały w rzeczywistości nazywał się Bardzo Mały Żuczek, ale dla skrótu nazywano go po prostu Mały, jeśli w ogóle cokolwiek mówiło się o nim, co zresztą rzadko się zdarzało.
A
było to tak, że Mały stał sobie przez chwilę z Krzysiem, a potem
poszedł, by obejść krzak jałowca dookoła dla wprawy, i zamiast wrócić z
drugiej strony, jak się można było tego spodziewać, nie wrócił i nikt
nie wiedział, co się z nim stało.
- Myślę, że on po prostu poszedł do domu – powiedział Krzyś do Królika.
- Czy powiedział ci na odchodnym „Do widzenia i dziękuję za mile spędzony czas”? – zapytał Królik.
- Powiedział tylko „cześć” i poszedł – odparł Krzyś.
-
Aha – rzekł Królik. A po krótkim namyśle mówił dalej: - A czy dostałeś
od niego potem bilecik, w którym pisał, jak bardzo mu było miło i jak
żałuje, że musiał tak nagle odejść?
Krzyś powiedział, że nie dostał.
-
Aha – rzekł Królik z bardzo ważną miną. – Widzę, że to sprawa poważna.
Mały zaginął. Musimy natychmiast rozpocząć Poszukiwanie zaginionego. Krzyś,
który myślał o czym innym, powiedział: - Gdzie jest Puchatek? – Ale
Królika już nie było. Więc wrócił do domu i zrobił rysunek, na którym
był wyobrażony Puchatek idący na spacer około siódmej rano. A potem
wdrapał się na wierzchołek drzewa i zlazł na dół, a potem pomyślał, co
też Puchatek może teraz robić, i poszedł do Lasu, żeby się z nim
zobaczyć. Wkrótce
doszedł do miejsca, gdzie był Piaszczysty Dół, zajrzał do środka, a w
tym Dole leżeli Puchatek z Prosiaczkiem grzbietami do góry i spali w
najlepsze.
- Ho-ho! – zawołał Krzyś na cały głos.
Prosiaczek ze Zdumienia i Strachu poderwał się na pół łokcia w górę, ale Puchatek spał dalej.
„To
Słoń” – pomyślał Prosiaczek z niepokojem, po czym chrząknął z lekka,
tak żeby ani jedno słowo nie uwięzło mu w gardle najspokojniej w świecie
i całkiem po prostu powiedział: - Tra-la-la, tra-la-la – czyli to, co o
tym właściwie myślał. Ale nie rozglądał się przy tym dookoła, bo jeśli
ktoś rozgląda się dookoła i zobaczy nagle Groźnego Słonia, patrzącego z
góry, to może czasami zapomnieć o tym, co miał do powiedzenia.
- Rum-tum-tum, tra-la-bum – zanucił Krzyś głosem niby Puchatka, ponieważ Puchatek ułożył kiedyś piosenkę, która brzmiała:
Tra-la-la, tra-la-la
Tra-la-la, tra-la-la,
Rum-tum-tum, tra-la-bum.
Więc Krzyś, ile razy ją śpiewał, zawsze robił to głosem Puchatka, co zdaje się w ten sposób najlepiej wychodzi.
„Powiedział
nie to, co trzeba – pomyślał Prosiaczek zatroskany – powinien był
powiedzieć jeszcze "ho-ho", więc może będzie lepiej, jeśli
ja powiem to za niego...” – I w najdzikszy sposób, na jaki tylko mógł
się zdobyć, powiedział: - Ho-ho!
- Skąd się tam wziąłeś, Prosiaczku? – zapytał Krzyś swoim zwykłym głosem.
„To
Straszne – pomyślał Prosiaczek. – Ten Słoń najpierw udaje głos
Puchatka, a potem mówi głosem Krzysia i robi to po to, żeby mnie
zmylić”. I już Zupełnie Zmylony, powiedział prędziutko i piskliwie:
- To jest pułapka na Misie i ja czekam, żeby w nią wpaść, ho-ho! Co to wszystko znaczy i potem ja powiem „ho-ho” jeszcze raz!
- Co takiego? – spytał Krzyś.
-
Pułapka na ho-honie – powiedział Prosiaczek zachrypłym ze strachu
głosem. – Ja ją własnie zastawiłem i czekam na ho-honia, żeby przyszedł. Nie
wiem, jak długo Prosiaczek zachowywałby się w ten sposób, ale w tej
samej chwili Puchatek obudził się gwałtownie i powiedział, że było ich
szesnaście. Więc podniósł się i gdy wykręcił głowę tak, żeby podrapać
się w to niewygodne miejsce w samym środku grzbietu, gdzie coś go
łaskotało, naraz ujrzał Krzysia.
- Jak się masz! – zawołał radośnie.
- Jak się masz, Puchatku!
Prosiaczek
spojrzał w górę i nagle zrobiło mu się tak Głupio i Nieprzyjemnie, że
postanowił już prawie uciec do Morza i zostać Marynarzem, gdy nagle coś
zobaczył.
- Puchatku! – zawołał. – Coś ci łazi po grzbiecie.
- I ja też tak sobie myślałem – rzekł Puchatek.
- Krzysiu, znalazłem Małego! – zawołał Prosiaczek.
- Brawo, Prosiaczku – rzekł Krzyś.
I
po tych dwóch pełnych otuchy słowach Prosiaczek poczuł się znów
szczęśliwy i postanowił, że już nie będzie Marynarzem. Więc gdy Krzyś
dopomógł im wydostać się z Piaszczystego Dołu, wszyscy trzej poszli
sobie razem, trzymając się za ręce.
A w dwa dni potem Królik spotkał przypadkiem w Lesie Kłapouchego.
- Dzień dobry, Kłapouchy! – powiedział. – Czego szukasz?
- Czyś ty rozum stracił? – oburknął go Kłapouchy. – Czego miałbym szukać, jak nie Małego?
- Ale czy ci nie mówiłem? – powiedział Królik. – Mały został odnaleziony dwa dni temu.
Nastąpiła chwila milczenia.
- Ha-ha – powiedział Kłapouchy gorzko. – Dobry kawał. Tylko nie tłumacz się, proszę. To było do przewidzenia.
![]() |
| A. A. Milne |
Jeszcze raz palemkowo
Na stronie internetowej przedszkola pojawiły się zdjęcia z naszych palemkowych warsztatów (lepiej późno, niż wcale). Przypomniało mi to, jak świetnie się z Nikodemem bawiliśmy przy tworzeniu tego "dzieła sztuki":) Uważam, że był to jeden z lepszych pomysłów Pani Bożenki. Znacznie ciekawsza forma, niż te durne zajęcia otwarte, które jednak przedszkole zobligowane jest organizować dwa razy do roku.
No właśnie - dwa razy do roku! A widzę, że na kwiecień zapowiedziane są kolejne otwarte zajęcie w grupie Nikodema! Jeśli dobrze liczę, będą to już czwarte zajęcia w tym roku szkolnym. Pani Bożenka chyba jednak trochę przesadza.
No nic - jak mus, to mus! Pójdę oczywiście, bo widzę, jak przykro na takich zajęciach jest dzieciom, których rodzice nie przyszli. Pewnie nie wszyscy mają takiego wyrozumiałego dyrektora, jak ja - imprezy te bowiem odbywają się przeważnie o godz. 15.00 i trzeba zwalniać się z pracy (przynajmniej ja muszę, bo pracuję codziennie do 16.00). Jeśli dodać do tego jeszcze w moim przypadku Lenkowe otwarte zajęcia - wychodzi średnio jedno zwolnienie w pracy miesięcznie. Nie każdy szef jest w stanie to wytrzymać:) Mój na razie tylko uśmiecha się wyrozumiale i stwierdza, że podziwia kreatywność i zaangażowanie pań przedszkolanek.
No właśnie - dwa razy do roku! A widzę, że na kwiecień zapowiedziane są kolejne otwarte zajęcie w grupie Nikodema! Jeśli dobrze liczę, będą to już czwarte zajęcia w tym roku szkolnym. Pani Bożenka chyba jednak trochę przesadza.
No nic - jak mus, to mus! Pójdę oczywiście, bo widzę, jak przykro na takich zajęciach jest dzieciom, których rodzice nie przyszli. Pewnie nie wszyscy mają takiego wyrozumiałego dyrektora, jak ja - imprezy te bowiem odbywają się przeważnie o godz. 15.00 i trzeba zwalniać się z pracy (przynajmniej ja muszę, bo pracuję codziennie do 16.00). Jeśli dodać do tego jeszcze w moim przypadku Lenkowe otwarte zajęcia - wychodzi średnio jedno zwolnienie w pracy miesięcznie. Nie każdy szef jest w stanie to wytrzymać:) Mój na razie tylko uśmiecha się wyrozumiale i stwierdza, że podziwia kreatywność i zaangażowanie pań przedszkolanek.
czwartek, 5 kwietnia 2012
Pisankowe szaleństwo - fotorelacja
Łupieże dostały farby, dostały kredki pastelowe (nawiasem mówiąc moje ulubione, świetne kredki o bardzo intensywnych kolorach), dostały 10 ugotowanych na twardo jajek - część zafarbowałam im na różowo, część na niebiesko, a kilka pozostało w kolorze naturalnym. No i zaczęło się wielkie pisankowanie:)
Absolutnie koszmarny różowy jednorożec
Od wczoraj absolutny hit mojej Córki - koszmarnie różowy pluszowy jednorożec - prezent od Dziadka. Na dokładkę wstrętny pluszak po naciśnięciu na kark wydaje odgłos rżenia.
Lenka targa go ze sobą wszędzie. Oczywiście w nocy zajmował honorowe miejsce w łóżku. Przy obiedzie musiałam karmić najpierw animala, a dopiero potem Lenkę.
Do tego wszystkiego śliczne to zwierzątko otrzymało wdzięczne imię - Różyczka (zdaje się, że to imię jednego z kucyków z bajki "My little Pony"). No po prostu cudo.
Lenka targa go ze sobą wszędzie. Oczywiście w nocy zajmował honorowe miejsce w łóżku. Przy obiedzie musiałam karmić najpierw animala, a dopiero potem Lenkę.
Do tego wszystkiego śliczne to zwierzątko otrzymało wdzięczne imię - Różyczka (zdaje się, że to imię jednego z kucyków z bajki "My little Pony"). No po prostu cudo.
Jajko w kształcie serca
Jak zrobić jajko w kształcie serca??? Na stronie http://www.tipy.pl/ znalazłam taką instrukcję. Wykonanie wydaje się proste, więc chyba się skuszę:) Jajko musi być maksymalnie gorące (trzeba szybko obierać), żeby się ładnie odkształciło i nie pękło.
Rzeczy, których potrzebujesz:
- Jajko na twardo
- Karton po mleku lub po soku (przetnij wzdłuż jednej ścianki, dobrze umyj i wysusz)
- Pałeczka do jedzenia (najlepiej okrągła)
- Gumki (recepturki)
krok 2
krok 3
krok 5
krok 7
W5
Przed świętami, jak wiadomo, na tapecie wciąż temat sprzątania:) Koleżanki z pracy bardo zachwalały serię środków czystości W5 z Lidla. Postanowiłam i ja wypróbować te produkty. Na początek nabyłam dwa.
Od razu pozytywnie zaskoczyła mnie bardzo przystępna cena (np. W5 anty-kamień - płyn do usuwania kamienia, śladów rdzy i mydła kosztuje niecałe 5 zł). Zapach produktów nie jest może rewelacyjny, ale są naprawdę skuteczne. Wspomnianym wyżej płynem potraktowałam baterie w łazience, odczekałam chwilę i wytarłam. Osad faktycznie zszedł bez oporu. Myślę, że jest to produkt godny polecenia.
Podobnie środek W5 furniture - spray do pielęgnacji mebli usuwający kurz, plamy i ślady po palcach. Bardzo wydajny, w równie przystępnej cenie.
Zamierzam przetestować również pozostałe produkty z tej serii. Jak na razie moja opinia jest zdecydowanie pozytywna, szczególnie polecam W5 anty-kamień do łazienek, bo jest naprawdę skuteczny.
Miłego i lekkiego sprzątania życzę:)
Od razu pozytywnie zaskoczyła mnie bardzo przystępna cena (np. W5 anty-kamień - płyn do usuwania kamienia, śladów rdzy i mydła kosztuje niecałe 5 zł). Zapach produktów nie jest może rewelacyjny, ale są naprawdę skuteczne. Wspomnianym wyżej płynem potraktowałam baterie w łazience, odczekałam chwilę i wytarłam. Osad faktycznie zszedł bez oporu. Myślę, że jest to produkt godny polecenia.
Podobnie środek W5 furniture - spray do pielęgnacji mebli usuwający kurz, plamy i ślady po palcach. Bardzo wydajny, w równie przystępnej cenie.
Zamierzam przetestować również pozostałe produkty z tej serii. Jak na razie moja opinia jest zdecydowanie pozytywna, szczególnie polecam W5 anty-kamień do łazienek, bo jest naprawdę skuteczny.
Miłego i lekkiego sprzątania życzę:)
środa, 4 kwietnia 2012
Kaszlący Nikodem
Zadzwonili dzisiaj do mnie z przedszkola, że Nikodem strasznie brzydko kaszle. Poleciałam w te pędy i faktycznie - dycha, jak stary gruźlik. Okropne, męczące, suche kaszlisko:( I to praktycznie bez żadnej niemalże przerwy.
Polecieliśmy do lekarza - diagnoza: zapalenie oskrzeli. Dostał antybiotyk i syrop. I przykazanie leżenia w łóżku, hehehehe. Chyba, jak Go przywiążę:)
Nikodem bardzo zadowolony, bo u lekarza dostał oczywiście naklejkę, a w aptece wyłudził próbki żelek witaminek i cały stos malowanek (bo jeszcze dla siostry).
Zwolnienia nie brałam. Na czwartek i piątek wzięłam sobie urlop i będziemy siedzieć w domu. Pogoda i tak do spacerów nie zachęca, więc przynajmniej nie będzie Mu żal słoneczka:) Może uda mi się w końcu w spokoju dokończyć robienie porządków, chociaż na razie się nie zapowiada, bo zostałam zapędzona do układania puzzli:)
Polecieliśmy do lekarza - diagnoza: zapalenie oskrzeli. Dostał antybiotyk i syrop. I przykazanie leżenia w łóżku, hehehehe. Chyba, jak Go przywiążę:)
Nikodem bardzo zadowolony, bo u lekarza dostał oczywiście naklejkę, a w aptece wyłudził próbki żelek witaminek i cały stos malowanek (bo jeszcze dla siostry).
Zwolnienia nie brałam. Na czwartek i piątek wzięłam sobie urlop i będziemy siedzieć w domu. Pogoda i tak do spacerów nie zachęca, więc przynajmniej nie będzie Mu żal słoneczka:) Może uda mi się w końcu w spokoju dokończyć robienie porządków, chociaż na razie się nie zapowiada, bo zostałam zapędzona do układania puzzli:)
niedziela, 1 kwietnia 2012
Bajki na dobranoc - Chatka Puchatka - rozdział II
Rozdział II, w którym Tygrys przybywa do Lasu i zjada śniadanie
Kubuś Puchatek zbudził się nagle wśród nocy i zaczął nasłuchiwać. Potem wyszedł z łóżka, zapalił świecę i poszedł do spiżarni, aby sprawdzić, czy nikt się nie dobiera do jego miodu. Nikt się nie dobierał, więc podreptał z powrotem, wrócił do łóżka i zgasił świecę. I znów usłyszał rumor.
- Czy to ty, Prosiaczku? – zapytał.
Ale to nie był Prosiaczek.
- Wejdź, Krzysiu – powiedział.
Ale Krzyś nie wchodził.
- Jutro mi o tym opowiesz, Kłapouszku – rzekł Puchatek sennie.
Ale rumor nie ustawał.
- Uorrauorrauorrauorrauorrra... – mówiło to Niewiadomoco za drzwiami i Puchatek poczuł nagle, że wcale nie jest śpiący.
„Co
to może być? – medytował. – Znam najrozmaitsze dźwięki w lesie, ale
tego jeszcze nie słyszałem. Nie jest to warczenie, ani mruczenie, ani
szczekanie, ani też chrząkanie, jakie wydaje się przed rozpoczęciem
deklamacji wiersza, ale jest to dźwięk, który wydaje bardzo dziwne
zwierzę. A ono wydaje ten dźwięk tuż pod moimi drzwiami, więc wstanę i
poproszę je, żeby przestało”.
Puchatek wstał z łóżka i otworzył drzwi.
- Hej! – zawołał na wypadek, gdyby coś było za drzwiami.
- Hej! – odpowiedziało Niewiadomoco.
- Oho – rzekł Puchatek do siebie i znów zawołał: - Hej!
- Hej!
- Aha, to ty! – powiedział Puchatek. – Hej!
- Hej! – odpowiedziało Bardzo Dziwne Zwierzę, zastanawiając się nad tym, jak to długo jeszcze potrwa.
Puchatek miał właśnie po raz czwarty powiedzieć „hej”, ale postanowił tego nie robić i zapytał:
- Kto tam?
- Ja – odpowiedział głos.
- Aha – rzekł Puchatek – proszę wejść.
Więc Niewiadomoco weszło i przy świetle świecy spoglądało na Puchatka, a Puchatek na Niewiadomoco.
- Jestem Puchatek – rzekł Puchatek.
- Jestem Tygrys – powiedział Tygrys.
- Aha – powiedział Puchatek, bo nigdy przedtem takiego zwierzęcia nie widział. – Czy Krzyś cię zna?
- Pewnie, że zna – odparł Tygrys.
-
No dobrze – powiedział Puchatek – teraz jest noc, czyli odpowiednia
pora, żeby spać. A jutro rano będziemy mieli miód na śniadanie. Czy
Tygrysy lubią miód?
- Tygrysy wszystko lubią – odpowiedział tygrys radośnie.
-
Dobrze, więc jeśli lubią spać na podłodze, to ja sobie wrócę do łóżeczka
– rzekł Puchatek. – A jutro rano będziemy wyprawiać rozmaite figielki.
Dobranoc!
Z tymi słowami wrócił do łóżka i zasnął. Gdy obudził się z rana, pierwszą rzeczą, jaką zobaczył, był Tygrys siedzący przed lustrem i patrzący na swoje odbicie.
- Dzień dobry! – rzekł Puchatek.
- Dzień dobry! – rzekł Tygrys. – Znalazłem kogoś zupełnie takiego samego jak ja. A myślałem, że więcej takich nie ma.
Puchatek wstał z łóżeczka i zaczął tłumaczyć Tygrysowi, co to jest lustro. I właśnie w najciekawszym miejscu tygrys powiedział:
-
Przepraszam cię na chwilkę, ale coś wlazło na stół. – I z głośnym
„uorrauorrauorrauorra” przyskoczył do brzegu obrusa, ściągnął go na
ziemię, owinął się nim trzy razy, poturlał się na drugi koniec pokoju i
po straszliwej walce wydobył głowę na światło dzienne i zawołał z
triumfem: - Zwyciężyłem!
- To jest mój obrus – powiedział Puchatek, biorąc się do odwijania Tygrysa.
- Byłem ciekaw, co to jest – rzekł Tygrys – rzekł Tygrys.
- To, co kładzie się na stół i na tym stawia się rozmaite rzeczy.
- Więc dlaczego to próbowało mnie schwytać, kiedy byłem odwrócony?
- Może zdawało ci się, że próbowało – odparł Puchatek.
- Na pewno próbowało, tylko mu się to nie udało.
Puchatek
rozłożył obrus na stole i postawił na nim spory garnuszek miodu i razem
z Tygrysem zasiedli do śniadania. I gdy tylko siedli, Tygrys nabrał
pełne usta miodu... po czym spojrzał w sufit z głową przechyloną na bok,
mlasnął parę razy językiem i powiedział stanowczym tonem:
- Tygrysy nie lubią miodu.
- Ach – rzekł Puchatek i starał się, aby to zabrzmiało Smutno i Żałośnie – myślałem, że one lubią wszystko.
- Wszystko prócz miodu – powiedział Tygrys.
Puchatek
był z tego poniekąd zadowolony i oświadczył, że gdy tylko skończy
śniadanie, zaprowadzi Tygrysa do Prosiaczka i Tygrys będzie mógł
spróbować Prosiaczkowych żołędzi.
- Dziękuję ci, Puchatku – powiedział Tygrys – bo żołędzie to jest coś, co Tygrysy lubią najbardziej.
Więc
po śniadaniu poszli do Prosiaczka i po drodze Puchatek tłumaczył
Tygrysowi, że Prosiaczek jest Bardzo Małym Zwierzątkiem, które nie lubi
brykania, i prosił go, aby przynajmniej z początku nie był zbyt
Rozbrykany. A Tygrys, który chował się za drzewa i wskakiwał na cień
Puchatka, gdy ten cień patrzył w inną stronę, powiedział, że Tygrysy
bywają Rozbrykane jedynie przed śniadaniem i kiedy tylko zjedzą trochę
żołędzi, stają się Spokojne i Opanowane. Wreszcie doszli do domu
Prosiaczka i zapukali do drzwi.
- Dzień dobry, Puchatku! – rzekł Prosiaczek.
- Dzień dobry, Prosiaczku! To jest Tygrys.
- Ach, czy tak? – rzekł Prosiaczek i przemknął na drugi koniec stołu. – Myślałem, że Tygrysy są mniejsze.
- Ho-ho! – zaśmiał się Tygrys. – Ale nie z tych wielkich!
-
Tygrysy lubią żołędzie – powiedział Puchatek – i właśnie dlatego
przyszliśmy, bo biedny tygrysek nie jadł dziś jeszcze śniadania.
Prosiaczek
podsunął Tygrysowi salaterkę żołędzi i powiedział – Pozwól, proszę – po
czym przytulił się do Puchatka i, czując się znacznie mężniejszym,
powiedział jakby od niechcenia:
- Więc ty jesteś Tygrys? To świetnie.
Ale Tygrys nic na to nie odpowiedział, bo miał usta pełne żołędzi.
Przez jakiś czas słychać było chrupanie, po czym Tygrys powiedział:
- Y-ggy-hy-e-u-ią-o-ę-i...
A gdy Puchatek z Prosiaczkiem spytali: - Co takiego? – Tygrys powiedział: - Pchepracham – i wyszedł na chwilę z pokoju.
Gdy wrócił, powiedział stanowczym tonem:
- Tygrysy nie lubią żołędzi.
- Przecież mówiłeś, że lubią wszystko prócz miodu – powiedział Puchatek.
- Wszystko prócz miodu i żołędzi – wyjaśnił Tygrys.
Gdy
Puchatek to usłyszał, powiedział – Aha, rozumiem. – A Prosiaczek, który
był poniekąd zadowolony z tego, że Tygrysy nie lubią żołędzi, zapytał: -
Więc może lubią oset?
- Dobrze trafiłeś – rzekł Tygrys – bo właśnie oset to jest coś, co Tygrysy lubią najbardziej.
- Więc chodźmy do Kłapouchego – zaproponował Prosiaczek.
I wszyscy trzej poszli, i po długim, długim chodzeniu doszli do miejsca, gdzie mieszkał Kłapouchy.
- Dzień dobry, Kłapouchy! – powiedział Puchatek. – To jest Tygrys.
- Co to jest Tygrys? – spytał Kłapouchy.
-
To – wyjaśnili Prosiaczek z Puchatkiem jednocześnie, a Tygrys uśmiechnął
się swym najbardziej pogodnym uśmiechem i nic nie mówił.
Kłapouchy obszedł Tygrysa raz dookoła, potem zawrócił i obszedł go drugi raz w przeciwną stronę.
- Co to jest to, co powiedziałeś? – zapytał.
- Tygrys.
- Aha – powiedział znów Kłapouchy.
- On właśnie przyszedł – objaśnił Prosiaczek.
- Aha – powiedział znów Kłapouchy.
Milczał przez długi czas i wreszcie zapytał:
- A kiedy on sobie pójdzie?
Puchatek
wyjaśnił Kłapouchemu, że Tygrys jest wielkim przyjacielem Krzysia i że
przybył do Lasu, żeby w nim zostać. A Prosiaczek wyjaśnił Tygrysowi, że
nie powinien zwracać uwagi na to, co mówi Kłapouchy, bo on już zawsze jest
taki ponury. A Kłapouchy wyjaśnił Prosiaczkowi, że odwrotnie, jest
właśnie w wyjątkowo pogodnym usposobieniu dzisiejszego poranka. A Tygrys
wyjaśnił wszystkim obecnym, że nie jadł dziś jeszcze śniadania.
- Wiedziałem, żeśmy po coś przyszli – rzekł Puchatek. – Tygrysy zawsze jedzą oset i dlatego przyszliśmy do Ciebie, Kłapouszku.
- Nie podkreślaj tego, Puchatku.
- Ach, Kłapouszku, wcale nie chciałem przez to powiedzieć, że nie chciałem cię widzieć.
- Dobrze już, dobrze. Więc twój nowy pręgowany przyjaciel chciałby, oczywiście, zjeść śniadanie? Jak on się nazywa – mówiłeś?
- Tygrys.
- Więc pójdź za mną, Tygrysie.
Kłapouchy
zaprowadził go dróżką wiodącą do kępy ostów o wyglądzie tak ostowatym,
jak chyba żadne inne osty na świecie. I wskazując na nie kopytem,
powiedział:
-
Tę małą kępkę przechowywałem na dzień moich urodzin. Ale zresztą... czym
są urodziny? Dziś są, jutro ich nie ma. Pozwól, Tygrysie.
Tygrys podziękował mu i spojrzał z niepokojem na Puchatka.
- Czy to naprawdę oset? – szepnął.
- Tak – odpowiedział Puchatek.
-To, co Tygrysy lubią najbardziej?
- Tak jest – odpowiedział Puchatek.
- Aha – rzekł Tygrys.
Nabrał pełne usta i zaczął chrupać.
- Aj! – wrzasnął nagle.
Usiadł i wsadził łapkę do mordki.
- Co się stało? – spytał Puchatek.
- Kłuje! – wybełkotał Tygrys.
- Twój przyjaciel – rzekł Kłapouchy – wygląda, jakby ugryzł pszczołę.
Przyjaciel Puchatka przestał potrząsać głową, aby powyjmować kolce, i wyjaśnił, że Tygrysy nie lubią ostu.
- Więc po co było marnować mój znakomity oset? – zapytał Kłapouchy.
- Ale przecież mówiłeś – zaczął Puchatek – sam mówiłeś, że Tygrysy lubią wszystko prócz miodu i żołędzi.
- I ostu – rzekł Tygrys, który właśnie zaczął biegać w kółko z wywieszonym językiem.
Puchatek spojrzał na niego ze smutkiem.
- Co my teraz zrobimy? – spytał Prosiaczka.
Prosiaczek miał na to gotową odpowiedź i powiedział wręcz, że trzeba pójść do Krzysia.
- Krzyś jest teraz u
Mamy-Kangurzycy. Tam go znajdziecie – powiedział Kłapouchy. Po czym
zbliżył się do Puchatka i rzekł głośnym szeptem: - Czy mógłbyś poprosić
twojego przyjaciela, żeby się gimnastykował gdzie indziej? Za chwilę
będę jadł śniadanie i nie chce, żeby mi ktokolwiek skakał po nim. To
taki drobiazg, po prostu mój kaprys, ale każdy z nas ma swoje małe
przyzwyczajenia.
Puchatek kiwnął głową uroczyście i zawołał Tygrysa:
- Idziemy do Kangurzycy! Tam na pewno znajdziemy moc pyszności na śniadanie.
Tygrys przestał brykać przez chwilę i podszedł do Puchatka i Prosiaczka.
- Kłuje!- wyjaśnił z uśmiechem. – Chodźmy! – i popędził naprzód.
Puchatek z Prosiaczkiem
powoli poszli za nim. I kiedy szli, Prosiaczek nic nie mówił, bo o
niczym nie mógł myśleć, a Puchatek nic nie mówił, bo myślał o nowym
wierszyku. A kiedy go już wymyślił, zaczął mówić:
Co poczniemy z Tygryskiem, gdy nam jeść nic nie będzie?
Nie smakuje mu miodek, nie smakują żołędzie...
I powiada, że nie chce na śniadanie jeść ostu
Jeszcze mały Tygrysek schudnie nam z tego postu.
Gardzi miodem – szalony! Zje żołędzi - i pluje,
I na oset się krzywi, i powiada że kłuje.
A Tygrys przez cały czas
brykał i skakał przed nimi, oglądając się co chwila i dopytując się,
czy to jeszcze daleko. Wreszcie przyszli do Kangurzycy, gdzie zastali
Krzysia. Tygrys podbiegł do niego w podskokach.
- A, jesteś, Tygrysie – powiedział Krzyś. – Wiedziałem, że gdzieś jesteś.
- Chciałem coś znaleźć w
Lesie – rzekł Tygrys z ważną miną. – Znalazłem jednego Puchatka,
jednego prosiaczka i jednego kłapoucha, ale do jedzenia nic nie
znalazłem.
Nadeszli Puchatek z Prosiaczkiem, uściskali Krzysia i wyjaśnili mu, co się stało.
- Czy wiesz czasem, co lubią Tygrysy? – spytał Puchatek.
- Zdaje się, że gdybym dobrze o tym pomyślał – odparł Krzyś – obym wiedział, ale Tygrys chyba wie.
- Wiem – odpowiedział
Tygrys – wszystko, co tylko jest na świecie, prócz miodu, żołędzi i...
no, jak się nazywały te kłujące kuleczki?
- Oset.
- Tak, i prócz ostu.
- Więc może Mama-Kangurzyca da ci coś do zjedzenia?
Weszli do domu
Mamy-Kangurzycy i potem, gdy Maleństwo powiedziało raz: „Jak się masz,
Puchatku!” i raz: „Jak się masz, Prosiaczku!”, i „Jak się masz,
Tygrysku!” dwa razy, ponieważ mówiło to pierwszy raz w życiu i brzmiało
to bardzo zabawnie – i gdy Kangurzyca dowiedziała się, o co chodzi,
powiedziała bardzo serdecznie:
- Doskonale, zajrzyj sobie do spiżarni, kochany Tygrysku, i powiedz na co miałbyś ochotę.
Bo Kangurzyca wiedziała dobrze, że choć Tygrys wyglądał na dużego, trzeba mu okazać tyleż czułości, co i Maleństwu.
- Czy ja też mogę
zajrzeć? – spytał Puchatek, który właśnie odczuwał zbliżanie się
jedenastej godziny. Poszedł więc do spiżarni, gdzie znalazł puszkę
powideł, a ponieważ coś zdawało mu się mówić, że Tygrysy tego nie lubią,
więc odstawił ją na bok, do kącika, i potem wrócił sprawdzić, czy ktoś
tego przypadkiem nie wyjadł.
A Tygrys im bardziej
wsadzał nos tu, a łapę tam, tym więcej znajdował rzeczy, których Tygrysy
nie lubią. I gdy przeszukał już całą spiżarnię i nie znalazł nic do
jedzenia, odezwał się do Kangurzycy:
- No i co teraz będzie?
Tymczasem Kangurzyca z
Krzysiem i Prosiaczkiem otoczyli Maleństwo i patrzyli, jak ono pije
Tran. A Maleństwo jęczało: - Ojej, kiedy nie mogę... – a Kangurzyca
mówiła: - No weź, kochane Maleństwo, przypomnij sobie, coś mi
przyrzekło.
- Co to jest? – spytał szeptem Tygrys Prosiaczka.
- To Wzmacniające Lekarstwo Maleństwa – odparł Prosiaczek także szeptem – ono tego nie cierpi.
Wówczas Tygrys zbliżył
się do Maleństwa, przechylił się przez poręcz jego wysokiego krzesełka,
wysunął język i mlasnął głośno. Kangurzyca podskoczyła do góry,
krzyknęła „ach!” i chwyciła łyżkę akurat w tej chwili, gdy ta znikała w
mordce Tygrysa, i wydobyła ją szczęśliwie z powrotem. Ale tranu już nie
było.
- Kochany Tygrysku – szepnęła Kangurzyca.
- Wziął, wziął, wziął
moje lekarstwo, wziął moje lekarstwo, wziął moje lekarstwo – zaśpiewało
uszczęśliwione Maleństwo, myśląc, że to był wspaniały żart.
A Tygrys spojrzał w
sufit, z błogim uśmiechem przymknął oczy i zaczął obracać językiem w
mordce, zlizując resztki lekarstwa tak, żeby nawet ani odrobinki nie
stracić. Po czym powiedział:
- To właśnie lubią Tygrysy.
I oto dlaczego Tygrys
zamieszkał na stałe u Mamy-Kangurzycy i co dzień na śniadanie, na obiad i
kolację dostawał Tran. A czasem, gdy Kangurzyca uważała, że trzeba mu
dać coś na wzmocnienie, dostawał po jedzeniu jako lekarstwo jedną lub
dwie łyżki stołowe kakao, które Maleństwo piło na śniadanie.
- Chociaż, moim zdaniem – powiedział Prosiaczek do Puchatka – on jest już dostatecznie wzmocniony.![]() |
| A. A. Milne |
Ostrzygli mnie!!!
Nikodem został brutalnie ostrzyżony! Ja chciałam wprawdzie pozapuszczać Mu jeszcze trochę włosy, ale Ojciec był nieubłagany i dziecię moje trafiło pod maszynkę:)
Teraz dopiero widać, jaki jest okrągły. Pytanie tylko, z czego? Tyfus wstrętny nic nie je a i tak wygląda, jak pączek w maśle. Zastanawiające zjawisko!
Nikodem jest zachwycony (ja mniej!). Ciągle biega i krzyczy, że dziewczyny w przedszkolu będą wniebowzięte i wszystkie się w Nim zakochają:) I na pewno będą chciały Go całować, bo będzie najprzystojniejszym facetem w całym przedszkolu:) A z wrażenia to im wszystkie zęby powypadają (chyba chodzi o to, że im szczęki opadną). Jak Rany Boskie, skąd Mu się biorą takie teksty??? Chyba za dużo telewizji ogląda!
Teraz dopiero widać, jaki jest okrągły. Pytanie tylko, z czego? Tyfus wstrętny nic nie je a i tak wygląda, jak pączek w maśle. Zastanawiające zjawisko!
Nikodem jest zachwycony (ja mniej!). Ciągle biega i krzyczy, że dziewczyny w przedszkolu będą wniebowzięte i wszystkie się w Nim zakochają:) I na pewno będą chciały Go całować, bo będzie najprzystojniejszym facetem w całym przedszkolu:) A z wrażenia to im wszystkie zęby powypadają (chyba chodzi o to, że im szczęki opadną). Jak Rany Boskie, skąd Mu się biorą takie teksty??? Chyba za dużo telewizji ogląda!
Jak usunąć plamy z długopisu?
Tusz z długopisu najlepiej usuwać natychmiast po zabrudzeniu i używać wyłącznie zimnej wody - w ciepłej wodzie plama tylko się utrwala.
Najlepszy do czyszczenia tuszu z długopisu jest spirytus salicylowy. Zwilżamy czystą szmatkę spirytusem i przykładamy do plamy. Pozostawiamy na pół godziny, aby spirytus rozpuścił tusz. Następnie osuszamy plamę czystą szmatką. Spłukujemy roztworem wody i octu (na 10 części wody, 1 część octu) a następnie samą wodą.
Jeżeli plama nadal nie daje się usunąć, traktujemy ją kremem do golenia (żel do golenia nie działa!). Nakładamy krem na plamę na ok. 15 min. po czym spłukujemy go wodą. Po usunięciu plamy tkaninę pierzemy i suszymy na świeżym powietrzu.
Najlepszy do czyszczenia tuszu z długopisu jest spirytus salicylowy. Zwilżamy czystą szmatkę spirytusem i przykładamy do plamy. Pozostawiamy na pół godziny, aby spirytus rozpuścił tusz. Następnie osuszamy plamę czystą szmatką. Spłukujemy roztworem wody i octu (na 10 części wody, 1 część octu) a następnie samą wodą.
Jeżeli plama nadal nie daje się usunąć, traktujemy ją kremem do golenia (żel do golenia nie działa!). Nakładamy krem na plamę na ok. 15 min. po czym spłukujemy go wodą. Po usunięciu plamy tkaninę pierzemy i suszymy na świeżym powietrzu.
1 kwietnia
Prima aprilis (z łac. 1 kwietnia wł.: Prima dies Aprilis), dzień żartów
– obyczaj związany z pierwszym dniem kwietnia, obchodzony w wielu
krajach świata. Polega on na robieniu żartów, celowym wprowadzaniu w
błąd, kłamaniu, konkurowaniu w próbach sprawienia, by inni uwierzyli w
coś nieprawdziwego. Tego dnia w wielu mediach pojawiają się różne
żartobliwe informacje. Pochodzenie tego zwyczaju nie jest jeszcze
wyjaśnione.
Żródło: http://pl.wikipedia.org/wiki/Strona_g%C5%82%C3%B3wna
Żródło: http://pl.wikipedia.org/wiki/Strona_g%C5%82%C3%B3wna
Subskrybuj:
Posty (Atom)















































