Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Prosiaczek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Prosiaczek. Pokaż wszystkie posty

środa, 31 października 2012

Zasypianie z Prosiaczkiem

Wczorajszy wieczór, ciemno, przytulnie, dynia migocze i przyświeca upiornym blaskiem. Łupieże opatulone kołderkami, czas na bajkę na dobranoc. Aktualnie czytamy książeczkę wypożyczoną z biblioteki pt. "Wesołe Święta z Kubusiem Puchatkiem" - opowiada Wanda Chotomska.


Rozdział pt. "Prosiaczek i Światełko" opowiada o małym Prosiaczku, który w wigilijną noc bardzo bał się ciemności.
"Nie wiadomo, jak długo spał, ale w pewnym momencie obudziło go coś, co przypominało bardzo delikatne dotknięcie. A może tylko głaśnięcie albo muśnięcie? Chociaż to coś było naprawdę bardzo delikatne, Prosiaczek na wszelki wypadek dał nurka pod fotel."
Napięcie rośnie, dzieciaki słuchają z rozdziawionymi buziami. Nie mogą się doczekać, żeby dowiedzieć się, co obudziło Prosiaczka. Czytam więc dalej...
"I żeby dodać sobie otuchy, szepnął sam do siebie:
- Może to była mucha? Mucha świntucha chciała mi wejść do ucha..."
Na te słowa łupieże dostają dzikiego i niepohamowanego ataku śmiechu i całe moje usypianie bierze w łeb!!! Dziękuję Ci Prosiaczku!



post signature

sobota, 12 maja 2012

Tworzymy...

Dziś od rana pada. Zabraliśmy się więc ochoczo za tworzenie naszego dzieła sztuki na przedszkolny konkurs pt. "Moja ulubiona bajka".
Ponieważ talentem plastycznym nie grzeszę, postawiliśmy na kompletny misz-masz stylów i jak na razie idzie nam całkiem nieźle. Mamy trochę bibułowyklejania, trochę farbami malowania, trochę decoupage i w ogóle wszystko na raz.
Praca powstaje na dosyć sporym kawałku dykty (buchniętej z pracy:) - format coś około arkusza A1. Większość prac została w zasadzie wykonana. Brakuje mi jeszcze tylko pomysłu na zapełnienie przestrzeni pod gałęzią drzewa.
Może jakieś sugestie???


piątek, 6 kwietnia 2012

Bajki na dobranoc - Chatka Puchatka - rozdział III

Rozdział III, w którym zostaje zorganizowane poszukiwanie Małego i Prosiaczek znów spotyka Słonia

Pewnego dnia Puchatek siedział u siebie w domu i liczył garnczki miodu, gdy nagle ktoś zapukał do drzwi.
- Czternaście – powiedział Puchatek. – Proszę wejść. Czternaście. Zaraz, a może piętnaście? Masz ci los! Ktoś mi przeszkodził.
- Dzień dobry, Puchatku! – rzekł Królik.
- Jak się masz, Króliku! Czternaście, prawda?
- Czego czternaście?
- Garnczków miodu, które liczyłem.
- Tak, czternaście.
- Czy aby na pewno?
- Nie – odparł Królik. – Ale co za różnica?
- Tak tylko chciałem wiedzieć – powiedział Puchatek potulnie. – Żebym mógł sobie powiedzieć: „Zostało mi jeszcze czternaście garnczków miodu”. A może piętnaście?
- Więc przypuśćmy, że szesnaście – powiedział Królik. – Przyszedłem po to, żeby cię zapytać, czy nie wiesz czasem, gdzie jest Mały.
- Zdaje się, że nie – odparł Puchatek. Po czym pomyślał trochę i zapytał: - A kto to jest Mały?
- Jeden z moich krewnych-i-znajomych – odparł Królik lekceważąco.
Niewiele to powiedziało Puchatkowi, ponieważ Królik miał tak dużo krewnych-i-znajomych tak rozmaitych rodzajów i wielkości, że nie wiadomo było, czy Małego należy szukać gdzieś na wierzchołku drzewa, czy na płatku jaskra.
- Nie widziałem dziś w ogóle nikogo – powiedział Puchatek – komu można byłoby powiedzieć: „Jak się masz, Mały!”. A na co ci on potrzebny?
- Ja go nie potrzebuję – odparł Królik – ale zawsze jest dobrze wiedzieć, gdzie jest jaki krewny-i-znajomy, czy się go potrzebuje, czy nie.
- Aha, rozumiem – rzekł Puchatek. – Czy on zaginął?
- Otóż jest taka sprawa – powiedział Królik – że od dłuższego czasu nikt go nie widział, więc przypuszczam, że zaginął. W każdym razie – ciągnął dalej z bardzo ważną miną – obiecałem Krzysiowi, dezorganizuję Poszukiwanie, żeby go odnaleźć. Więc chodź ze mną.
Puchatek pożegnał serdecznie swoje czternaście garnczków miodu i mając błogą nadzieję, że jest ich piętnaście, razem z Królikiem poszedł w głąb Lasu.
- Więc teraz – powiedział Królik – rozpoczynamy Poszukiwanie, które ja Zorganizowałem.
- Coś ty z nim zrobił?
- Zorganizowałem. To znaczy, że - czyli że to jest to, co się robi z Poszukiwaniem, kiedy każdy szuka w innym miejscu. Chodzi mi o to, Puchatku, żebyś ty najpierw szukał w okolicy Sześciu Sosen, a potem poszedł do Sowy i tam czekał na mnie. Rozumiesz?
- Nie – odpowiedział Puchatek. – Co mam zrobić?
- Więc spotkamy się przed domem Sowy mniej więcej za godzinę.
- Czy Prosiaczek też jest zorganizowany?
- Wszyscy jesteśmy zorganizowani – odparł Królik i poszedł.
Puchatek, gdy tylko Królik znikł mu z oczu, przypomniał sobie, że zapomniał zapytać, kto to jest Mały. Czy należy do tego rodzaju krewnych-i-znajomych, którzy siadają komuś na nosie, czy też do tych, na których się przez pomyłkę nadeptuje. A ponieważ było już za późno, aby się dowiedzieć, Puchatek pomyślał, że zacznie Poszukiwanie od szukania Prosiaczka i zapytania go, czego oni właściwie szukają, zanim sam zacznie szukać.
- Nie będę chyba szukał Prosiaczka przy Sześciu Sosnach – rzekł Puchatek do siebie – ponieważ został on zorganizowany w zupełnie innym miejscu, więc najpierw poszukam Zupełnie Innego Miejsca. Ciekaw jestem, gdzie ono jest. – I ułożył sobie w głowie taki plan:

KOLEJNOŚĆ SZUKANIA ROZMAITYCH RZECZY
1.      Zupełnie Inne Miejsce – (żeby znaleźć Prosiaczka).
2.      Prosiaczek – (żeby dowiedzieć się, kto to jest Mały).
3.      Mały – (żeby znaleźć Małego).
4.      Królik – (żeby powiedzieć mu, że znalazłem Małego).
5.      Znowu Mały – (żeby powiedzieć mu, że znalazłem Królika).

„Z czego wynika, że zanosi się na bardzo kłopotliwy dzień” – myślał Puchatek idąc Lasem.W chwilę potem okazało się, że dzień był naprawdę kłopotliwy, gdyż Puchatek tak był zajęty niepatrzeniem, którędy idzie, że stąpnął na kawałek Lasu, który był przez pomyłkę wpuszczony w ziemię. Więc miał tylko tyle czasu, aby móc pomyśleć: „Ja fruwam. Robię to, co robi Sowa. Ciekaw jestem, jak się zatrzymać...” – gdy nagle zatrzymał się. Bęc!
- Aj! – coś zapiszczało.
„To dziwne – pomyślał Puchatek. – Powiedziałem „aj”, wcale nie ajając”.
- Pomocy! – zakwiczał piskliwy, wysoki głos.
„To znowu ja – pomyślał Puchatek. – Miałem Wypadek i wpadłem do studni, i mój głos stał się piskliwy, i wydobywa się ze mnie, choć ja wcale tego nie chcę, ponieważ coś sobie zrobiłem w środku. Masz ci los!”
- Pomocy! Pomocy!
„Znów to samo. Mówię rozmaite rzeczy, choć wcale nie mam zamiaru tego robić. Musiał mi się wydarzyć Bardzo Przykry Wypadek”. I potem pomyślał, że może, gdyby chciał naprawdę coś powiedzieć, wcale by tego nie potrafił. Więc, aby się upewnić, powiedział głośno: - Bardzo Przykry Wypadek spotkał Kubusia Puchatka.
- Puchatku! – pisnął głosik.
- To Prosiaczek! – zawołał Puchatek. – Gdzie jesteś?
- Pod spodem – rzekł Prosiaczek w sposób bardzo podspodni.
- Pod spodem czego?
- Ciebie – kwiknął Prosiaczek. – Wstań!
- Och – powiedział Puchatek i zerwał się szybko. – Czy ja spadłem na ciebie, Prosiaczku?
- Spadłeś na mnie – potwierdził Prosiaczek, macając się na wszystkie strony.
- Ja naprawdę nie chciałem – rzekł Puchatek z żalem.
- I ja nie chciałem być pod spodem – powiedział Prosiaczek ze smutkiem. – Ale na szczęście nic się złego nie stało, Puchatku, i tak się cieszę, że to byłeś ty.
- Co to było? – spytał Puchatek. – Gdzie my jesteśmy?
- Zdaje się, że jesteśmy w jakimś  Dole. Szedłem sobie szukając kogoś i nagle już mnie nie było, i akurat kiedy wstałem, żeby zobaczyć, gdzie jestem, coś spadło na mnie i to byłeś ty.
- Ach tak! – westchnął Puchatek.
- Puchatku – powiedział Prosiaczek z niepokojem i przytulił się do niego trochę mocniej – a może wpadliśmy w Pułapkę?
Puchatek w tej chwili wcale o tym nie myślał, ale teraz skinął łebkiem, gdyż nagle przypomniał sobie, jak to kiedyś razem z Prosiaczkiem urządzili Misiową Pułapkę na Słonie, i teraz zrozumiał, co się stało: on i Prosiaczek wpadli do Słoniowej Pułapki na Misie. Ot, co się stało.
- A co będzie, kiedy przyjdzie Słoń? – spytał Prosiaczek drżąc, gdy usłyszał te okropne wieści.
- Może on cię nie zauważy, Prosiaczku – pocieszał go Puchatek – bo ty jesteś Bardzo Małym Zwierzątkiem...
- Ale on zauważy ciebie, Puchatku.
- Tak, zauważy mnie, a ja jego zauważę – mówił Puchatek z namysłem – i będziemy się zauważać – on mnie, a ja jego przez długi czas, a potem on powie: „ho-ho”.
Prosiaczek wzdrygnął się lekko na myśl o tym „ho-ho” i zaczęły mu dygotać uszka.
- A cco tty mmu ppowiesz? – zapytał.
Puchatek spróbował pomyśleć o czymś, co mógłby odpowiedzieć, ale im bardziej myślał, tym bardziej czuł, że nie ma żadnej odpowiedzi na „ho-ho” powiedziane przez Słonia takim głosem, jakim ten Słoń to powie.
- Nic mu nie odpowiem – rzekł w końcu Puchatek – tylko mruknę do siebie samego, jakbym czekał na coś.
- A może on znowu powie „ho-ho”? – zapytał Prosiaczek drżąc.
 - Powie – odparł Puchatek.
Uszy Prosiaczka zaczęły dygotać tak szybko, że musiał przyłożyć je do brzegu Pułapki, aby utrzymać je w spokoju.
- Powie to znowu – rzekł Puchatek – a ja będę dalej mruczał i to go zaniepokoi, bo jeżeli ktoś mówi dwa razy „ho-ho” w sposób żarłoczny, a druga osoba tylko mruczy, i kiedy ten ktoś po raz trzeci zaczyna mówić „ho-ho”, to znaczy, że...
- Że co? – spytał Prosiaczek zdumionym szeptem.
- Że to nie jest... –rzekł Puchatek.
- Co nie jest?
Puchatek wiedział, co ma na myśli, ale ponieważ był Misiem o Bardzo Małym Rozumku, więc nie potrafił tego wyrazić słowami.
- Chcesz powiedzieć, że to nie jest takie hohohiczne... – rzekł Prosiaczek pełen nadziei.Puchatek spojrzał na niego z podziwem, i powiedział, że to właśnie miał na myśli, ponieważ nie można mówić „ho-ho”, kiedy tamten sobie w najlepsze mruczy.
-A jeżeli on powie co innego? – spytał Prosiaczek.
- Otóż właśnie. On wreszcie powie: „Co to wszystko znaczy?”. A ja wtedy powiem – i to jest świetna myśl, Prosiaczku, która w tej chwili właśnie przyszła mi do głowy – ja powiem: „To jest Pułapka na Słonie, którą ja sporządziłem, i czekam, żeby Słoń w nią wpadł”. I będę dalej mruczał. Wtedy on się bardzo Zmiesza.
- Puchatku! – zawołał Prosiaczek... i teraz on z kolei spojrzał z podziwem na Puchatka. – Uratowałeś nas!
- Tak myślisz? – zapytał Puchatek, nie będąc tego zupełnie pewnym.
Za to Prosiaczek był zupełnie pewien. I biegł myślą coraz dalej i dalej, i widział Puchatka i Słonia,  rozmawiających ze sobą, i nagle pomyślał ze smutkiem, jakby to było pięknie, gdyby to on, Prosiaczek, rozmawiał ze Słoniem tak godnie, a nie Puchatek, chociaż on Puchatka bardzo a bardzo kochał. Bo prawdę mówiąc, to on, Prosiaczek, miał więcej rozumu niż Puchatek i rozmowa toczyłaby się lepiej, gdyby on, Prosiaczek, a nie Puchatek, był w niej jedną ze stron. A potem, po jakimś czasie, byłoby tak miło wspominać wieczorami ten dzień, kiedy to tak odważnie rozmawiał ze Słoniem, tak jakby Słonia wcale nie było. Teraz to mu się wydawało takie łatwe. O, Prosiaczek wiedział dokładnie, jak będzie mówił ze Słoniem:
SŁOŃ (żarłocznie): Ho-ho!
PROSIACZEK (od niechcenia): Tra-la-la! Tra-la-la!
SŁOŃ (zdziwiony i już nie tak pewny siebie): Ho-ho!
PROSIACZEK (coraz bardziej lekceważąco): Ta-ram-pa-pam, ta-ram-pam-pam.
SŁOŃ (zaczyna mówić”ho-ho” i zmienia to niezręcznie w chrząkanie): Hm... Co to wszystko znaczy?
PROSIACZEK (zdziwiony): Och, to jest po prostu pułapka, którą zastawiłem, i czekam na Słonia, żeby się w nią złapał.
SŁOŃ (ogromnie zmieszany): Ooo... (Po długim milczeniu). Czy to prawda?
PROSIACZEK: Tak.
SŁOŃ (niespokojnie): O! Myślałem... myślałem, że to jest pułapka, którą ja zastawiłem, żeby nałapać Prosiaczków.
PROSIACZEK (zdziwiony): Ale skąd?
SŁOŃ: W takim razie przepraszam. (Usprawiedliwiając się). Musiałem... musiałem się pomylić.
PROSIACZEK: Mam wrażenie, że tak. (Uprzejmie). Bardzo mi przykro. (Nuci pod nosem).
SŁOŃ: W takim razie myślę, że będzie lepiej, jeśli sobie pójdę.
PROSIACZEK (niedbale): Cóż, jeśli musisz – to trudno. A gdybyś przypadkiem zobaczył Krzysia, to powiedz mu, że chciałbym się z nim widzieć.
SŁOŃ (skwapliwie i przymilnie): Oczywiście, oczywiście (i pędem ucieka).
PUCHATEK (który miał być nieobecny, ale okazuje się, że bez niego nie można się obejść): Ach, Prosiaczku, jakiś ty dzielny i mądry!
PROSIACZEK (skromnie): Och, wcale nie, Puchatku. (I potem, gdy zjawia się Krzyś, Puchatek może mu o wszystkim opowiedzieć).
Kiedy Prosiaczek tak sobie rozkosznie marzył, a Puchatek zastanawiał się znowu, czy było ich czternaście, czy piętnaście, Poszukiwania Małego trwały w dalszym ciągu po całym Lesie. Mały w rzeczywistości nazywał się Bardzo Mały Żuczek, ale dla skrótu nazywano go po prostu Mały, jeśli w ogóle cokolwiek mówiło się o nim, co zresztą rzadko się zdarzało.
A było to tak, że Mały stał sobie przez chwilę z Krzysiem, a potem poszedł, by obejść krzak jałowca dookoła dla wprawy, i zamiast wrócić z drugiej strony, jak się można było tego spodziewać, nie wrócił i nikt nie wiedział, co się z nim stało.
- Myślę, że on po prostu poszedł do domu – powiedział Krzyś do Królika.
- Czy powiedział ci na odchodnym „Do widzenia i dziękuję za mile spędzony czas”? – zapytał Królik.
- Powiedział tylko „cześć” i poszedł – odparł Krzyś.
- Aha – rzekł Królik. A po krótkim namyśle mówił dalej: - A czy dostałeś od niego potem bilecik, w którym pisał, jak bardzo mu było miło i jak żałuje, że musiał tak nagle odejść?
Krzyś powiedział, że nie dostał.
- Aha – rzekł Królik z bardzo ważną miną. – Widzę, że to sprawa poważna. Mały zaginął. Musimy natychmiast rozpocząć Poszukiwanie zaginionego. Krzyś, który myślał o czym innym, powiedział: - Gdzie jest Puchatek? – Ale Królika już nie było. Więc wrócił do domu i zrobił rysunek, na którym był wyobrażony Puchatek idący na spacer około siódmej rano. A potem wdrapał się na wierzchołek drzewa i zlazł na dół, a potem pomyślał, co też Puchatek może teraz robić, i poszedł do Lasu, żeby się z nim zobaczyć. Wkrótce doszedł do miejsca, gdzie był Piaszczysty Dół, zajrzał do środka, a w tym Dole leżeli Puchatek z Prosiaczkiem grzbietami do góry i spali w najlepsze.
- Ho-ho! – zawołał Krzyś na cały głos.
Prosiaczek ze Zdumienia i Strachu poderwał się na pół łokcia w górę, ale Puchatek spał dalej.
„To Słoń” – pomyślał Prosiaczek z niepokojem, po czym chrząknął z lekka, tak żeby ani jedno słowo nie uwięzło mu w gardle najspokojniej w świecie i całkiem po prostu powiedział: - Tra-la-la, tra-la-la – czyli to, co o tym właściwie myślał. Ale nie rozglądał się przy tym dookoła, bo jeśli ktoś rozgląda się dookoła i zobaczy nagle Groźnego Słonia, patrzącego z góry, to może czasami zapomnieć o tym, co miał do powiedzenia.
- Rum-tum-tum, tra-la-bum – zanucił Krzyś głosem niby Puchatka, ponieważ Puchatek ułożył kiedyś piosenkę, która brzmiała:

                                       Tra-la-la, tra-la-la
                                       Tra-la-la, tra-la-la,
                                       Rum-tum-tum, tra-la-bum.
Więc Krzyś, ile razy ją śpiewał, zawsze robił to głosem Puchatka, co zdaje się w ten sposób najlepiej wychodzi.
„Powiedział nie to, co trzeba – pomyślał Prosiaczek zatroskany – powinien był powiedzieć jeszcze "ho-ho", więc może będzie lepiej, jeśli ja powiem to za niego...” – I w najdzikszy sposób, na jaki tylko mógł się zdobyć, powiedział: - Ho-ho!
- Skąd się tam wziąłeś, Prosiaczku? – zapytał Krzyś swoim zwykłym głosem.
„To Straszne – pomyślał Prosiaczek. – Ten Słoń najpierw udaje głos Puchatka, a potem mówi głosem Krzysia i robi to po to, żeby mnie zmylić”. I już Zupełnie Zmylony, powiedział prędziutko i piskliwie:
- To jest pułapka na Misie i ja czekam, żeby w nią wpaść, ho-ho! Co to wszystko znaczy i potem ja powiem „ho-ho” jeszcze raz!
- Co takiego? – spytał Krzyś.
- Pułapka na ho-honie – powiedział Prosiaczek zachrypłym ze strachu głosem. – Ja ją własnie zastawiłem i czekam na ho-honia, żeby przyszedł. Nie wiem, jak długo Prosiaczek zachowywałby się w ten sposób, ale w tej samej chwili Puchatek obudził się gwałtownie i powiedział, że było ich szesnaście. Więc podniósł się i gdy wykręcił głowę tak, żeby podrapać się w to niewygodne miejsce w samym środku grzbietu, gdzie coś go łaskotało, naraz ujrzał Krzysia.
- Jak się masz! – zawołał radośnie.
- Jak się masz, Puchatku!
Prosiaczek spojrzał w górę i nagle zrobiło mu się tak Głupio i Nieprzyjemnie, że postanowił już prawie uciec do Morza i zostać Marynarzem, gdy nagle coś zobaczył.
- Puchatku! – zawołał. – Coś ci łazi po grzbiecie.
- I ja też tak sobie myślałem – rzekł Puchatek.
- Krzysiu, znalazłem Małego! – zawołał Prosiaczek.
- Brawo, Prosiaczku – rzekł Krzyś.
I po tych dwóch pełnych otuchy słowach Prosiaczek poczuł się znów szczęśliwy i postanowił, że już nie będzie Marynarzem. Więc gdy Krzyś dopomógł im wydostać się z Piaszczystego Dołu, wszyscy trzej poszli sobie razem, trzymając się za ręce.
A w dwa dni potem Królik spotkał przypadkiem w Lesie Kłapouchego.
- Dzień dobry, Kłapouchy! – powiedział. – Czego szukasz?
- Czyś ty rozum stracił? – oburknął go Kłapouchy. – Czego miałbym szukać, jak nie Małego?
- Ale czy ci nie mówiłem? – powiedział Królik. – Mały został odnaleziony dwa dni temu.
Nastąpiła chwila milczenia.
- Ha-ha – powiedział Kłapouchy gorzko. – Dobry kawał. Tylko nie tłumacz się, proszę. To było do przewidzenia.
A. A. Milne

niedziela, 1 kwietnia 2012

Bajki na dobranoc - Chatka Puchatka - rozdział II

Rozdział II, w którym Tygrys przybywa do Lasu i zjada śniadanie

Kubuś Puchatek zbudził się nagle wśród nocy i zaczął nasłuchiwać. Potem wyszedł z łóżka, zapalił świecę i poszedł do spiżarni, aby sprawdzić, czy nikt się nie dobiera do jego miodu. Nikt się nie dobierał, więc podreptał z powrotem, wrócił do łóżka i zgasił świecę. I znów usłyszał rumor.
- Czy to ty, Prosiaczku? – zapytał.
Ale to nie był Prosiaczek.
- Wejdź, Krzysiu – powiedział.
Ale Krzyś nie wchodził.
- Jutro mi o tym opowiesz, Kłapouszku – rzekł Puchatek sennie.
Ale rumor nie ustawał.
- Uorrauorrauorrauorrauorrra... – mówiło to Niewiadomoco za drzwiami i Puchatek poczuł nagle, że wcale nie jest śpiący.
„Co to może być? – medytował. – Znam najrozmaitsze dźwięki w lesie, ale tego jeszcze nie słyszałem. Nie jest to warczenie, ani mruczenie, ani szczekanie, ani też chrząkanie, jakie wydaje się przed rozpoczęciem deklamacji wiersza, ale jest to dźwięk, który wydaje bardzo dziwne zwierzę. A ono wydaje ten dźwięk tuż pod moimi drzwiami, więc wstanę i poproszę je, żeby przestało”.
Puchatek wstał z łóżka i otworzył drzwi.
- Hej! – zawołał na wypadek, gdyby coś było za drzwiami.
- Hej! – odpowiedziało Niewiadomoco.
- Oho – rzekł Puchatek do siebie i znów zawołał: - Hej!
- Hej!
- Aha, to ty! – powiedział Puchatek. – Hej!
- Hej! – odpowiedziało Bardzo Dziwne Zwierzę, zastanawiając się nad tym, jak to długo jeszcze potrwa.
Puchatek miał właśnie po raz czwarty powiedzieć „hej”, ale postanowił tego nie robić i zapytał:
- Kto tam?
- Ja – odpowiedział głos.
- Aha – rzekł Puchatek – proszę wejść.
Więc Niewiadomoco weszło i przy świetle świecy spoglądało na Puchatka, a Puchatek na Niewiadomoco.
- Jestem Puchatek – rzekł Puchatek.
- Jestem Tygrys – powiedział Tygrys.
- Aha – powiedział Puchatek, bo nigdy przedtem takiego zwierzęcia nie widział. – Czy Krzyś cię zna?
- Pewnie, że zna – odparł Tygrys.
- No dobrze – powiedział Puchatek – teraz jest noc, czyli odpowiednia pora, żeby spać. A jutro rano będziemy mieli miód na śniadanie. Czy Tygrysy lubią miód?
- Tygrysy wszystko lubią – odpowiedział tygrys radośnie.
- Dobrze, więc jeśli lubią spać na podłodze, to ja sobie wrócę do łóżeczka – rzekł Puchatek. – A jutro rano będziemy wyprawiać rozmaite figielki. Dobranoc!
Z tymi słowami wrócił do łóżka i zasnął. Gdy obudził się z rana, pierwszą rzeczą, jaką zobaczył, był Tygrys siedzący przed lustrem i patrzący na swoje odbicie.
-  Dzień dobry! – rzekł Puchatek.
- Dzień dobry! – rzekł Tygrys. – Znalazłem kogoś zupełnie takiego samego jak ja. A myślałem, że więcej takich nie ma.
Puchatek wstał z łóżeczka i zaczął tłumaczyć Tygrysowi, co to jest lustro. I właśnie w najciekawszym miejscu tygrys powiedział:
- Przepraszam cię na chwilkę, ale coś wlazło na stół. – I z głośnym „uorrauorrauorrauorra” przyskoczył do brzegu obrusa, ściągnął go na ziemię, owinął się nim trzy razy, poturlał się na drugi koniec pokoju i po straszliwej walce wydobył głowę na światło dzienne i zawołał z triumfem: - Zwyciężyłem!
- To jest mój obrus – powiedział Puchatek, biorąc się do odwijania Tygrysa.
- Byłem ciekaw, co to jest – rzekł Tygrys – rzekł Tygrys.
- To, co kładzie się na stół i na tym stawia się rozmaite rzeczy.
- Więc dlaczego to próbowało mnie schwytać, kiedy byłem odwrócony?
- Może zdawało ci się, że próbowało – odparł Puchatek.
- Na pewno próbowało, tylko mu się to nie udało.
Puchatek rozłożył obrus na stole i postawił na nim spory garnuszek miodu i razem z Tygrysem zasiedli do śniadania. I gdy tylko siedli, Tygrys nabrał pełne usta miodu... po czym spojrzał w sufit z głową przechyloną na bok, mlasnął parę razy językiem i powiedział stanowczym tonem:
- Tygrysy nie lubią miodu.
- Ach – rzekł Puchatek i starał się, aby to zabrzmiało Smutno i Żałośnie – myślałem, że one lubią wszystko.
- Wszystko prócz miodu – powiedział Tygrys.
Puchatek był z tego poniekąd zadowolony i oświadczył, że gdy tylko skończy śniadanie, zaprowadzi Tygrysa do Prosiaczka i Tygrys będzie mógł spróbować Prosiaczkowych żołędzi.
- Dziękuję ci, Puchatku – powiedział Tygrys – bo żołędzie to jest coś, co Tygrysy lubią najbardziej.
Więc po śniadaniu poszli do Prosiaczka i po drodze Puchatek tłumaczył Tygrysowi, że Prosiaczek jest Bardzo Małym Zwierzątkiem, które nie lubi brykania, i prosił go, aby przynajmniej z początku nie był zbyt Rozbrykany. A Tygrys, który chował się za drzewa i wskakiwał na cień Puchatka, gdy ten cień patrzył w inną stronę, powiedział, że Tygrysy bywają Rozbrykane jedynie przed śniadaniem i kiedy tylko zjedzą trochę żołędzi, stają się Spokojne i Opanowane. Wreszcie doszli do domu Prosiaczka i zapukali do drzwi.
- Dzień dobry, Puchatku! – rzekł Prosiaczek.
- Dzień dobry, Prosiaczku! To jest Tygrys.
- Ach, czy tak? – rzekł Prosiaczek i przemknął na drugi koniec stołu. – Myślałem, że Tygrysy są mniejsze.
- Ho-ho! – zaśmiał się Tygrys. – Ale nie z tych wielkich!
- Tygrysy lubią żołędzie – powiedział Puchatek – i właśnie dlatego przyszliśmy, bo biedny tygrysek nie jadł dziś jeszcze śniadania.
Prosiaczek podsunął Tygrysowi salaterkę żołędzi i powiedział – Pozwól, proszę – po czym przytulił się do Puchatka i, czując się znacznie mężniejszym, powiedział jakby od niechcenia:
- Więc ty jesteś Tygrys? To świetnie.
Ale Tygrys nic na to nie odpowiedział, bo miał usta pełne żołędzi.
Przez jakiś czas słychać było chrupanie, po czym Tygrys powiedział:
- Y-ggy-hy-e-u-ią-o-ę-i...
A gdy Puchatek z Prosiaczkiem spytali: - Co takiego? – Tygrys powiedział: - Pchepracham – i wyszedł na chwilę z pokoju.
Gdy wrócił, powiedział stanowczym tonem:
- Tygrysy nie lubią żołędzi.
- Przecież mówiłeś, że lubią wszystko prócz miodu – powiedział Puchatek.
- Wszystko prócz miodu i żołędzi – wyjaśnił Tygrys.
Gdy Puchatek to usłyszał, powiedział – Aha, rozumiem. – A Prosiaczek, który był poniekąd zadowolony z tego, że Tygrysy nie lubią żołędzi, zapytał: - Więc może lubią oset?
- Dobrze trafiłeś – rzekł Tygrys – bo właśnie oset to jest coś, co Tygrysy lubią najbardziej.
- Więc chodźmy do Kłapouchego – zaproponował Prosiaczek.
I wszyscy trzej poszli, i po długim, długim chodzeniu doszli do miejsca, gdzie mieszkał Kłapouchy.
- Dzień dobry, Kłapouchy! – powiedział Puchatek. – To jest Tygrys.
- Co to jest Tygrys? – spytał Kłapouchy.
- To – wyjaśnili Prosiaczek z Puchatkiem jednocześnie, a Tygrys uśmiechnął się swym najbardziej pogodnym uśmiechem i nic nie mówił.
Kłapouchy obszedł Tygrysa raz dookoła, potem zawrócił i obszedł go drugi raz w przeciwną stronę.
- Co to jest to, co powiedziałeś? – zapytał.
- Tygrys.
- Aha – powiedział znów Kłapouchy.
- On właśnie przyszedł – objaśnił Prosiaczek.
- Aha – powiedział znów Kłapouchy.
Milczał przez długi czas i wreszcie zapytał:
- A kiedy on sobie pójdzie?
Puchatek wyjaśnił Kłapouchemu, że Tygrys jest wielkim przyjacielem Krzysia i że przybył do Lasu, żeby w nim zostać. A Prosiaczek wyjaśnił Tygrysowi, że nie powinien zwracać uwagi na to, co mówi Kłapouchy, bo on już zawsze jest taki ponury. A Kłapouchy wyjaśnił Prosiaczkowi, że odwrotnie, jest właśnie w wyjątkowo pogodnym usposobieniu dzisiejszego poranka. A Tygrys wyjaśnił wszystkim obecnym, że nie jadł dziś jeszcze śniadania.
- Wiedziałem, żeśmy po coś przyszli – rzekł Puchatek. – Tygrysy zawsze jedzą oset i dlatego przyszliśmy do Ciebie, Kłapouszku.
- Nie podkreślaj tego, Puchatku.
- Ach, Kłapouszku, wcale nie chciałem przez to powiedzieć, że nie chciałem cię widzieć.
- Dobrze już, dobrze. Więc twój nowy pręgowany przyjaciel chciałby, oczywiście, zjeść śniadanie? Jak on się nazywa – mówiłeś?
- Tygrys.
- Więc pójdź za mną, Tygrysie.
Kłapouchy zaprowadził go dróżką wiodącą do kępy ostów o wyglądzie tak ostowatym, jak chyba żadne inne osty na świecie. I wskazując na nie kopytem, powiedział:
- Tę małą kępkę przechowywałem na dzień moich urodzin. Ale zresztą... czym są urodziny? Dziś są, jutro ich nie ma. Pozwól, Tygrysie.
Tygrys podziękował mu i spojrzał z niepokojem na Puchatka.
- Czy to naprawdę oset? – szepnął.
- Tak – odpowiedział Puchatek.
-To, co Tygrysy lubią najbardziej?
- Tak jest – odpowiedział Puchatek.
- Aha – rzekł Tygrys.
Nabrał pełne usta i zaczął chrupać.
- Aj! – wrzasnął nagle.
Usiadł i wsadził łapkę do mordki.
- Co się stało? – spytał Puchatek.
- Kłuje! – wybełkotał Tygrys.
- Twój przyjaciel – rzekł Kłapouchy – wygląda, jakby ugryzł pszczołę.
Przyjaciel Puchatka przestał potrząsać głową, aby  powyjmować kolce, i wyjaśnił, że Tygrysy nie lubią ostu.
- Więc po co było marnować mój znakomity oset? – zapytał Kłapouchy.
- Ale przecież mówiłeś – zaczął Puchatek – sam mówiłeś, że Tygrysy lubią wszystko prócz miodu i żołędzi.
- I ostu – rzekł Tygrys, który właśnie zaczął biegać w kółko z wywieszonym językiem.
Puchatek spojrzał na niego ze smutkiem.
- Co my teraz zrobimy? – spytał Prosiaczka.
Prosiaczek miał na to gotową odpowiedź i powiedział wręcz, że trzeba pójść do Krzysia.
- Krzyś jest teraz u Mamy-Kangurzycy. Tam go znajdziecie – powiedział Kłapouchy. Po czym zbliżył się do Puchatka i rzekł głośnym szeptem: - Czy mógłbyś poprosić twojego przyjaciela, żeby się gimnastykował gdzie indziej? Za chwilę będę jadł śniadanie i nie chce, żeby mi ktokolwiek skakał po nim. To taki drobiazg, po prostu mój kaprys, ale każdy z nas ma swoje małe przyzwyczajenia.
Puchatek kiwnął głową uroczyście i zawołał Tygrysa:
- Idziemy do Kangurzycy! Tam na pewno znajdziemy moc pyszności na śniadanie.
Tygrys przestał brykać przez chwilę i podszedł do Puchatka i Prosiaczka.
- Kłuje!- wyjaśnił z uśmiechem. – Chodźmy! – i popędził naprzód.
Puchatek z Prosiaczkiem powoli poszli za nim. I kiedy szli, Prosiaczek nic nie mówił, bo o niczym nie mógł myśleć, a Puchatek nic nie mówił, bo myślał o nowym wierszyku. A kiedy go już wymyślił, zaczął mówić: 
 Co poczniemy z Tygryskiem, gdy nam jeść nic nie będzie?
 Nie smakuje mu miodek, nie smakują żołędzie...
I powiada, że nie chce na śniadanie jeść ostu
Jeszcze mały Tygrysek schudnie nam z tego postu.
Gardzi miodem – szalony! Zje żołędzi - i pluje,
I na oset się krzywi, i powiada że kłuje.
 A Tygrys przez cały czas brykał i skakał przed nimi, oglądając się co chwila i dopytując się, czy to jeszcze daleko. Wreszcie przyszli do Kangurzycy, gdzie zastali Krzysia. Tygrys podbiegł do niego w podskokach.
- A, jesteś, Tygrysie – powiedział Krzyś. – Wiedziałem, że gdzieś jesteś.
- Chciałem coś znaleźć w Lesie – rzekł Tygrys z ważną miną. – Znalazłem jednego Puchatka, jednego prosiaczka i jednego kłapoucha, ale do jedzenia nic nie znalazłem.
Nadeszli Puchatek z Prosiaczkiem, uściskali Krzysia i wyjaśnili mu, co się stało.
- Czy wiesz czasem, co lubią Tygrysy? – spytał Puchatek.
- Zdaje się, że gdybym dobrze o tym pomyślał – odparł Krzyś – obym wiedział, ale Tygrys chyba wie.
- Wiem – odpowiedział Tygrys – wszystko, co tylko jest na świecie, prócz miodu, żołędzi i... no, jak się nazywały te kłujące kuleczki?
- Oset.
- Tak, i prócz ostu.
- Więc może Mama-Kangurzyca da ci coś do zjedzenia?
Weszli do domu Mamy-Kangurzycy i potem, gdy Maleństwo powiedziało raz: „Jak się masz, Puchatku!” i raz: „Jak się masz, Prosiaczku!”, i „Jak się masz, Tygrysku!” dwa razy, ponieważ mówiło to pierwszy raz w życiu i brzmiało to bardzo zabawnie – i gdy Kangurzyca dowiedziała się, o co chodzi, powiedziała bardzo serdecznie:
- Doskonale, zajrzyj sobie do spiżarni, kochany Tygrysku, i powiedz na co miałbyś ochotę.
Bo Kangurzyca wiedziała dobrze, że choć Tygrys wyglądał na dużego, trzeba mu okazać tyleż czułości, co i Maleństwu.
- Czy ja też mogę zajrzeć? – spytał Puchatek, który właśnie odczuwał zbliżanie się jedenastej godziny. Poszedł więc do spiżarni, gdzie znalazł puszkę powideł, a ponieważ coś zdawało mu się mówić, że Tygrysy tego nie lubią, więc odstawił ją na bok, do kącika, i potem wrócił sprawdzić, czy ktoś tego przypadkiem nie wyjadł.
A Tygrys im bardziej wsadzał nos tu, a łapę tam, tym więcej znajdował rzeczy, których Tygrysy nie lubią. I gdy przeszukał już całą spiżarnię i nie znalazł nic do jedzenia, odezwał się do Kangurzycy:
- No i co teraz będzie?
Tymczasem Kangurzyca z Krzysiem i Prosiaczkiem otoczyli Maleństwo i patrzyli, jak ono pije Tran. A Maleństwo jęczało: - Ojej, kiedy nie mogę... – a Kangurzyca mówiła: - No weź, kochane Maleństwo, przypomnij sobie, coś mi przyrzekło.
- Co to jest? – spytał szeptem Tygrys Prosiaczka.
- To Wzmacniające Lekarstwo Maleństwa – odparł Prosiaczek także szeptem – ono tego nie cierpi.
Wówczas Tygrys zbliżył się do Maleństwa, przechylił się przez poręcz jego wysokiego krzesełka, wysunął język i mlasnął głośno. Kangurzyca podskoczyła do góry, krzyknęła „ach!” i chwyciła łyżkę akurat w tej chwili, gdy ta znikała w mordce Tygrysa, i wydobyła ją szczęśliwie z powrotem. Ale tranu już nie było.
- Kochany Tygrysku – szepnęła Kangurzyca.
- Wziął, wziął, wziął moje lekarstwo, wziął moje lekarstwo, wziął moje lekarstwo – zaśpiewało uszczęśliwione Maleństwo, myśląc, że to był wspaniały żart.
A Tygrys spojrzał w sufit, z błogim uśmiechem przymknął oczy i zaczął obracać językiem w mordce, zlizując resztki lekarstwa tak, żeby nawet ani odrobinki nie stracić. Po czym powiedział:
- To właśnie lubią Tygrysy.

 I oto dlaczego Tygrys zamieszkał na stałe u Mamy-Kangurzycy i co dzień na śniadanie, na obiad i kolację dostawał Tran. A czasem, gdy Kangurzyca uważała, że trzeba mu dać coś na wzmocnienie, dostawał po jedzeniu jako lekarstwo jedną lub dwie łyżki stołowe kakao, które Maleństwo piło na śniadanie.
- Chociaż, moim zdaniem – powiedział Prosiaczek do Puchatka – on jest już dostatecznie wzmocniony.
A. A. Milne

niedziela, 25 marca 2012

Bajki na dobranoc - Chatka Puchatka - rozdział I

Rozdział I, w którym powstaje Chatka Puchatka

Pewnego dnia, gdy Puchatek nie miał nic do roboty, pomyślał, że warto byłoby coś zrobić. Więc postanowił pójść do Prosiaczka zobaczyć, co Prosiaczek porabia. Śnieg wciąż sypał z nieba, gdy Puchatek dreptał po białej ścieżynce leśnej i idąc wyobrażał sobie, że zastanie Prosiaczka w domu, grzejącego sobie pięty przy kominku. Ale jakże się zdziwił, gdy zobaczył, że drzwi jego mieszkania są otwarte. Im bardziej zaglądał do środka, tym bardziej Prosiaczka tam nie było.
    - Wyszedł - powiedział smutno Puchatek - ot co.  Nie ma go w domu. Będę więc musiał odbyć Przechadzkę Zadumy sam. Masz ci los!
Ale nim poszedł, pomyślał sobie, może by tak bardzo mocno zastukać do drzwi, żeby się całkowicie    upewnić... I gdy czekał na to, żeby Prosiaczek się nie odezwał, podskakiwał sobie dla rozgrzewki i gdy tak sobie podskakiwał, przyszła mu nagle do głowy nowa mruczanka, która mu się wydawała Dobrą Mruczanką, taką, którą się mruczy ku Pokrzepieniu Serc.
Im bardziej pada śnieg, Bim-bom,
Im bardziej prószy śnieg, Bim-bom,
Tym bardziej sypie śnieg, Bim-bom,
Jak biały śnieg z poduszki.
I nie wie zwierz ni człek, Bim-bom,
Choć żyłby cały wiek, Bim-bom,
Kiedy tak pada śnieg, Bim-bom,
Jak marzną mi paluszki.
  - A teraz wiem, co zrobię - rzekł Puchatek. - Najpierw pójdę do domu zobaczyć, która godzina, włożę ciepły serdaczek, a potem pójdę do Kłapouchego i zaśpiewam mu nową Mruczankę.
    Popędził z powrotem do domu, lecz po drodze głowę miał tak zajętą nową Mruczanką, którą miał zaśpiewać Kłapouchemu, że gdy nagle ujrzał Prosiaczka rozpartego w najwygodniejszym fotelu, jaki miał, stanął we drzwiach zdumiony. I drapiąc się w głowę, zastanawiał się , w czyim też on jest domu.
 - Dzień dobry, Prosiaczku! - powiedział. - Myślałem, że wyszedłeś.
 - Nie - odparł Prosiaczek. - To ty wyszedłeś, Puchatku.
 - Masz rację - powiedział Puchatek. - Wiedziałem, że któryś z nas wyszedł.
 To mówiąc, spojrzał na zegar, który przed kilkoma tygodniami zatrzymał się na pięć minut przed jedenastą.
 - Dochodzi jedenasta - rzekł Puchatek wesoło. - Akurat nadszedł czas na małe Conieco. - I wsadził łebek do spiżarni. - A potem wyjdziemy, Prosiaczku, i zaśpiewamy Kłapouchemu moją nową Mruczankę.
- Jaką Mruczankę, Puchatku?
 - Tę, którą zaśpiewamy Kłapouchemu.
 Zegar wciąż jeszcze wskazywał za pięć minut jedenastą, gdy Puchatek z Prosiaczkiem ruszyli w drogę. Wiatr ustał i płatki śniegu kołowały w powietrzu, próbując schwytać się wzajemnie w locie, aż wreszcie, zmęczone, z delikatnym trzepotem opadały w dół, chcąc znaleźć miejsce, gdzie mogłyby odpocząć. I czasem tym miejscem był nos Puchatka, a czasem nie. Po krótkiej chwili Prosiaczek, opatulony w biały szalik dookoła szyi, czuł się bardziej zaśnieżony niż kiedykolwiek przedtem.
 - Puchatku - odezwał się Prosiaczek trochę nieśmiało, ponieważ nie chciał, żeby Puchatek pomyślał, że mu specjalnie na tym zależy - tak sobie myślę, co by to było, gdybyśmy teraz na przykład wrócili do domu, prześpiewali sobie dla wprawy twoją Mruczankę, a Kłapouchemu zaśpiewali ją jutro - albo, albo, powiedzmy, którego innego dnia, kiedy go spotkamy.
 - Prześpiewać Mruczankę dla wprawy... - zastanawiał się Puchatek. - Wiesz, Prosiaczku, że to jest dobra myśl. Możemy urządzić małą próbę teraz, po drodze, ale pójść po to do domu - co to, to nie, bo jest to zupełnie  wyjątkowa Mruczanka z Nadworu, czyli taka, którą śpiewa się na dworze, kiedy pada śnieg.
 - Czy jesteś tego pewien? - spytał Prosiaczek z niepokojem.
 - Zresztą sam się przekonasz, Prosiaczku, kiedy ją usłyszysz. Posłuchaj tylko, jak się  zaczyna:  Im bardziej pada śnieg, bim-bom ... - Bim co? - spytał Prosiaczek.
 - Bom - odpowiedział Puchatek. - Jest to specjalna wstawka, żeby to brzmiało bardziej mruczalnie.  Im bardziej prószy śnieg, bim-bom, tym bardziej ...
 - Czy nie mówiłeś: pada śnieg?
 - Tak, ale to było przedtem.
 - Przed bimbomem?
 - To był inny bim-bom - odparł Puchatek lekko zmieszany. - Zaśpiewam ci to porządnie i wtedy zobaczysz.
    Więc zaczął jeszcze raz:

Im bardziej PADA ŚNIEG, bim-bom,
Im bardziej PRÓSZY ŚNIEG, bim-bom,
Tym bardziej SYPIE ŚNIEG, bim-bom,
Jak biały puch z poduszki.
I nie  wie ZWIERZ NI CZŁEK, bim-bom,
Choć żyłby  CAŁY WIEK, bim-bom,
Gdy pada TAKI ŚNIEG, bim-bom,
Jak marzną mi paluszki.

 Zaśpiewał to w taki sposób, co jest chyba najlepszym sposobem śpiewania tej Mruczanki, i gdy skończył, czekał, aby Prosiaczek powiedział, że ze wszystkich Mruczanek z Nadworu na Śnieżną Pogodę ta właśnie jest najlepsza. A Prosiaczek, po gruntownym przemyśleniu tej sprawy, powiedział uroczyście:
    - Puchatku, tylko zamiast paluszki, powinno być uszki.
Wreszcie dotarli do Ponurej Gęstwiny, gdzie mieszkał Kłapouchy. A ponieważ Prosiaczek miał za uszami pełno śniegu i był tym bardzo zmęczony, skierowali się do małego sosnowego lasku i usiedli na płocie, który go otaczał. Teraz byli osłonięci od śniegu i wiatru, ale wciąż było bardzo zimno, więc dla rozgrzewki prześpiewali sobie Mruczankę Puchatka raz po raz sześć razy. Prosiaczek wykonywał bimbomy, a Puchatek resztę i obydwaj w odpowiednich miejscach wybijali takt patyczkami. Wkrótce zrobiło im się cieplej i znów mogli rozmawiać.
- Tak sobie myślę i myślę, i ot, co pomyślałem - odezwał się Puchatek. - Pomyślałem sobie o Kłapouchym.
 - A co o Kłapouchym?
 - A to, że biedny Kłapounio nie ma gdzie mieszkać.
 - Oj, nie ma.
 - Ty masz dom, Prosiaczku, i ja mam dom, i są to bardzo wygodne domy i Krzyś ma dom, i Sowa, i Kangurzyca, i Królik - wszyscy mają domy i nawet krewni-i-znajomi Królika też mają domy czy coś w tym rodzaju. Tylko biedny Kłapounio nie ma domu. Więc tak sobie pomyślałem: "Zbudujemy mu dom".
 - To jest Wspaniała Myśl, Puchatku - powiedział Prosiaczek. - A gdzie go zbudujemy?
 - Zbudujemy go tutaj, tuż pod laskiem osłoniętym od wiatru, bo tutaj sobie o tym pomyślałem. I nazwiemy to miejsce Zakątkiem Puchatka. I zbudujemy z patyków Chatkę Puchatka dla Kłapouchego w Zakątku Puchatka.
 - Strasznie dużo patyków jest z tamtej strony lasku - powiedział Prosiaczek. - Widziałem je. Bardzo, bardzo dużo. Wszystkie złożone razem.
 - Dziękuję ci, Prosiaczku - rzekł Puchatek. - To, coś teraz powiedział, będzie dla nas Wielką Pomocą i mógłbym nazwać to miejsce Zakątekim Prosiaczkopuchatka, gdyby Zakątek Puchatka nie brzmiało lepiej jako krótsze i bardziej zakątkowe.
 Więc zeszli z płotu i poszli naokoło, na drugą stronę lasku, żeby nazbierać patyków.

 Krzyś przez całe rano siedział w domu, podróżując do Afryki i z powrotem. Właśnie opuścił statek  i zastanawiał się, jaka może być pogoda, gdy... kto się nagle zjawia i puka do drzwi? Kłapouchy.
 - Dzień dobry, Kłapousiu! - powiedział Krzyś, gdy otworzył drzwi i Kłapouchy wszedł do pokoju. - Co słychać?
 - Wciąż pada śnieg - odpowiedział Kłapouchy posępnie.
 - A tak, pada.
 - I mróz bierze.
 - Naprawdę?
 - Tak - rzekł Kłapouchy. - Jednakże - ciągnął, rozpogadzając się trochę - nie mieliśmy ostatnio trzęsienia ziemi.
 - Nie rozumiem cię, Kłapouszku...
 - Nic, nic, Krzysiu. Nic ważnego. Czy nie widziałeś gdzie przypadkiem chatki czy czegoś w tym rodzaju?
 - Jakiej chatki?
 - Po prostu chatki.
 - A kto w niej mieszka?
 - Ja. A przynajmniej zawało mi się, że mieszkałem. Ale już nie mieszkam. Zresztą nie każdy może mieć własną chatkę.
 - Ależ Kłapousiu, nic o tym nie wiedziałem,. Zawsze mi się zdawało...
 - Ach, muszę ci powiedzieć, Krzysiu, że ten śnieg i to i owo na mojej łączce, nie mówiąc już o soplach lodu, wszystko to nie sprawia, aby o trzeciej nad ranem było tam tak ciepło, jak to się niektórym zdaje. Nie jest tam ciasno - jeśli wiesz, co mam na myśli, a w każdym razie nie do tego stopnia, żeby tam było niewygodnie. Ani specjalnie duszno. Słowem, Krzysiu- mówił głośnym szeptem - niech to zostanie między nami i  nie mów o tym nikomu: tam jest zimno.
 - Ach, biedny Kłapousiu!
 - I powiedziałem sobie: są tacy, którzy zmartwiliby się, gdybym zmarzł z zimna. Ale oni zamiast mózgów mają tylko szary puch, który przez pomyłkę został wdmuchnięty w ich głowy. Oni po prostu nie myślą. I jeśli śnieg będzie padał jeszcze przez sześć tygodni, to może któreś z nich sobie pomyśli: "Kłapouchemu nie jest tam chyba za gorąco o trzeciej nad ranem". I wtedy okaże się, co się stało. I będzie im żal.
 - Ach, Kłapousiu! - zawołał Krzyś czując, że już mu jest żal.
 - Nie ciebie mam na myśli, Krzysiu, ty jesteś inny. Więc chodzi o to, że zbudowałem sobie małą chatkę koło sosnowego lasku.
 - Naprawdę? Ach, to cudownie!
 - Najbardziej cudowne jest to - mówił Kłapouchy swym najbardziej melancholijnym głosem - że kiedy wychodziłem dziś rano, moja chatka stała sobie na miejscu, a kiedy wróciłem z powrotem, już jej nie było. Znikła z powierzchni, a przecież była to sobie tylko chatka Kłapouchego. I właśnie to mnie dziwi.
 Krzyś także się zdziwił. Szybko włożył swój nieprzemakalny płaszczyk,  nieprzemakalny kapelusik i wysokie buty i powiedział:
 - Chodźmy zaraz, Kłapouszku, będziemy jej szukać!
 A Kłapouchy ciągnął ponuro:
 - Czasami, gdy ktoś już skończył rozbierać czyjś dom, zostawia jakieś dwa czy trzy  patyczki, których nie warto zabierać, i jest raczej zadowolony, że ktoś je sobie weźmie, jeśli wiesz, o co mi chodzi.. Więc pomyślałem, że gdybyśmy tak poszli...
 - Chodźmy - powiedział Krzyś. I popędzili co tchu. Wkrótce byli już na skraju łąki obok sosnowego lasku, gdzie chatki Kłapouchego właśnie już nie było.
 - Tutaj - rzekł Kłapouchy. - Nie zostawili ani patyczka! Oczywiście - dodał gorzko - mam jeszcze spory zapas śniegu, z którym mogę zrobić, co zechcę. Nie mogę narzekać.
 Ale Krzyś nie słuchał tego, co mówił Kłapouchy. Słuchał całkiem czegoś innego.
 - Czy słyszysz? - zapytał.
 - Co to jest? Ktoś się śmieje?
 - Słuchajmy.
 I obaj zaczęli nasłuchiwać... I usłyszeli czyjś głęboki, mrukliwy głos nucący o tym, że im bardziej pada śnieg, tym bardziej sypie śnieg, i wysoki głosik, bimbający między jedną a drugą strofką.
- To Puchatek - rzekł Krzyś z przejęciem.
 - Możliwe - powiedział Kłapouchy.
 - I Prosiaczek - rzekł Krzyś z przejęciem.
 - Prawdopodobnie - powiedział Kłapouchy.
 Słowa piosenki nagle się zmieniły:

    - Skończyliśmy już DOM! - nucił mrukliwy głos.
     - Bim - Bom  - śpiewał piskliwy głosik.
    - Przepiękny, nowy DOM...
    - Bim - Bom.
    - Gdyby to nasz był DOM...
    - Bom - Bom...
    - Dwaj tacy mali SĄ...
    - Bim - Bom...
    - Co bardzo tego CHCĄ...
    - Bim - Bom...
 - Puchatki! - zawołał Krzyś.
 Śpiewacy na płocie nagle zamilkli.
 - To Krzyś! - rzekł Puchatek radośnie.
- Tak - powiedział Prosiaczek strzygąc uszkiem - to Krzyś. Słyszę jego głos z tamtej trony lasku, z tego miejsca, skąd przynieśliśmy nasze patyczki.
 - Chodźmy - rzekł Puchatek.
 Zleźli z płotu i popędzili brzegiem lasku dookoła, a Puchatek przez całą drogę wydawał powitalne pomruki.
 - Co? I Kłapouchy też przyszedł?! - zawołał Puchatek, gdy skończył ściskać i obejmować Krzysia. I porozumiewawczo trącił Prosiaczka łokciem, a Prosiaczek jego trącił łokciem i obydwaj pomyśleli, jaką miłą niespodziankę przygotowali Kłapouchemu.
 - Jak się masz, Kłapouchy?
 - Jak groch przy drodze - odparł ponuro Kłapouchy.
 Zanim Puchatek zdążył zapytać, dlaczego groch i dlaczego przy drodze, Krzyś zaczął opowiadać smutne dzieje zaginionej chatki Kłapouchego. A Prosiaczek z Puchatkiem słuchali i oczy ich z każdą chwilą stawały się coraz większe i  większe.
 - Gdzie była, powiadasz? - spytał Puchatek.
 - O tu, na tym miejscu - odpowiedział Kłapouchy.
 - Zrobiona z patyczków?
 - Tak.
 - Ach! - westchnął Prosiaczek.
 - Co? - spytał Kłapouchy.
 - Nic. Powiedziałem tylko "ach" - rzekł Prosiaczek niespokojnie.
 I żeby się wydać zupełnie spokojnym i zrównoważonym, zanucił raz czy dwa bim-bom trochę znużonym głosem.
 - Czy jesteś pewien, że to była prawdziwa chatka? - spytał Puchatek. - To znaczy, czy jesteś pewien, że twoja chatka stała właśnie tutaj?
 - Naturalnie, że tak - rzekł Kłapouchy i mruknął do siebie: - Bez śladu mózgu są niektórzy z nich.
 - A co takiego? O co chodzi, Puchatku? - spytał Krzyś.
 - Więc, tego... - powiedział Puchatek. - Otóż... - powiedział Puchatek. - Otóż więc... - powiedział Puchatek. - Widzisz... - powiedział Puchatek. i coś zdawało mu się mówić, że nie tłumaczy się zbyt jasno, więc znów trącił łokciem Prosiaczka.
 - Jest zupełnie taki sam - powiedział prędziutko Prosiaczek. - Tylko trochę cieplejszy - dodał po głębszym namyśle.
 - Kto jest cieplejszy?
 - Dom Kłapouchego, z tamtej strony Lasu.
 - Mój dom? Moja chatka? - spytał Kłapouchy. - Moja chatka była tutaj.
 - Nie - powiedział Prosiaczek stanowczo - z tamtej strony Lasu.
 - Bo tam jest cieplej - wyjaśnił Puchatek.
 - Ja chyba lepiej powinienem wiedzieć, gdzie jest moja chatka...
 - Więc chodź i zobacz - zadecydował Prosiaczek i poprowadził wszystkich leśną dróżką. - Nie miałeś chyba dwóch chatek - mówił po drodze do Kłapouchego - i to nie jedną obok drugiej.
 Okrążyli zagajnik i z drugiej strony, na skraju Lasu, stała sobie chatka Kłapouchego, jakby nigdy nic.
 - Proszę - powiedział Prosiaczek - oto jest.
 - Taka sama wewnątrz jak i zewnątrz - rzekł z dumą Puchatek.
 Kłapouchy wszedł do środka i znowu wyszedł.
 - To nie do wiary - powiedział. - Jest to moja własna chatka i to ja ją zbudowałem, więc tylko wiatr musiał ją tutaj przywiać. Frunął z nią razem ponad laskiem i w tym miejscu opuścił ją na ziemię, I właśnie dobie tu stoi tak, jakby tu zawsze stała. I naprawdę w lepszym miejscu.
- W dużo lepszym! - rzekli zgodnie Puchatek z Prosiaczkiem.
 - To tylko dowodzi, co można zdobyć za cenę niewielkiego wysiłku - powiedział Kłapouchy. - Widzisz, Puchatku? Widzisz, Prosiaczku? Po pierwsze, Rozum,a po drugie, Ciężka Praca. Spójrzcie na to! Tak się buduje Domy - rzekł dumnie Kłapouchy.
 I zostawili go w tym domu. A Krzyś wrócił na obiad ze swymi przyjaciółmi, Puchatkiem i Prosiaczkiem, którzy opowiedzieli mu po drodze o Okropnej Pomyłce, jaką popełnili. I gdy Krzyś przestał się śmiać, wszyscy trzej zaśpiewali Mruczankę z Nadworu specjalnie ułożoną na Śnieżną Pogodę i śpiewali ją przez resztę drogi aż do domu. A Prosiaczek, który wciąż nie był pewien swego głosu, wstawiał tylko swoje bimbomy.
    - Wiem, że to się wydaje łatwe - powiedział Prosiaczek do siebie - ale nie każdy to potrafi.
A. A. Milne

piątek, 24 lutego 2012

Bajki na dobranoc - Kubuś Puchatek - rozdział IX

Rozdział IX, w którym Prosiaczek jest zewsząd otoczony wodą

Deszcz padał, padał bez końca. Prosiaczek myślał sobie, że nigdy, póki żyje, a miał już on lat bardzo dużo - może trzy, a może i cztery - że nigdy nie widział takiego deszczu. Dzień w dzień, dzień w dzień deszcz, deszcz i deszcz. "Gdybym przynajmniej - myślał wyglądając przez okno - był razem z Puchatkiem lub z Krzysiem, albo z Królikiem, miałbym towarzystwo przez cały ten czas i nie musiałbym sterczeć samotnie jak kołek i rozmyślać, kiedy nareszcie deszcz ustanie". I wyobrażał sobie, że jest razem z Puchatkiem i że mówi do niego: "Czy widziałeś kiedy taki deszcz, Puchatku?" A on by znów na to: "Ciekaw jestem, czy u Krzysia też tak pada". A Puchatek powiedziałby: "Mam wrażenie, że biedny Królik chyba już utonął". Byłoby rozkosznie tak rozmawiać i doprawdy było bardzo smutno nie mieć żadnych innych przeżyć niż potoki wody, zwłaszcza że tym przeżyciem nie można się było z nikim podzielić. Zresztą, było to naprawdę silne przeżycie. Małe, wyschłe rowki, w których Prosiaczek tak często gmerał, zmieniły się w całe potoki. Małe strumyki, przez które często przechodził w bród, stały się rzekami. A rzeka, na której urwistych brzegach nieraz bawił się wesoło, wystąpiła z koryta i rozlewała się tak szeroko na wszystkie strony, że Prosiaczek zaczynał się zastanawiać, czy nie zaleje ona niedługo jego własnego korytka.
- To jest trochę niemiłe - mówił do siebie - być Bardzo Małym Zwierzątkiem Zewsząd Otoczonym Wodą. Krzyś z Puchatkiem mogliby się ratować włażeniem na drzewa, Kangurzyca mogłaby się ratować skakaniem, Sowa - fruwaniem, Królik - zaryciem się w norę, Kłapouchy mógłby się ratować, dajmy na to, wydawaniem dzikiego ryku, aż nadeszłaby jakaś Pomoc. A ja co? Siedzę bezradny, zewsząd otoczony wodą i nic nie mogę zrobić.
Deszcz padał dalej i dalej, a woda każdego dnia wznosiła się coraz wyżej i wyżej, aż dosięgła prawie do okna Prosiaczka. A on, biedaczek, nic... "Weźmy takiego Puchatka - rozmyślał. - Nie ma on wiele rozumu, a nigdy mu się nic złego nie przytrafia. Robi rozmaite głupstwa i zawsze się z nich jakoś wykaraska. Albo weźmy Sowę. Sowa właściwie też nie ma wiele rozumu, ale za to jest uczona. Wiedziałaby, co robić, gdy jest się zewsząd otoczonym wodą. Albo na przykład Królik. Ten znów nie uczył się z książek, ale mimo to zawsze potrafi coś mądrego wymyślić. Albo Kangurzyca. Kangurzyca nie jest wprawdzie mądra, nie można tego o niej powiedzieć. Ale w tym wypadku tak bardzo troszczyłaby się o swoje Maleństwo, że bez namysłu zrobiłaby to, co należy. Albo weźmy jeszcze takiego Kłapouchego. Kłapouchy jest zawsze tak nieszczęśliwy, że wcale nie zwróciłby na to uwagi. Ale ciekaw jestem, co by zrobił Krzyś". Wtem przypomniał sobie, co Krzyś opowiadał mu o pewnym człowieku na bezludnej wyspie i jak ten człowiek napisał karteczkę, włożył ją do butelki i butelkę wrzucił do morza. I Prosiaczek pomyślał, że gdyby i on napisał coś podobnego i butelkę wrzucił do wody, to może ktoś by się zjawił i przyszedł mu z pomocą.
Odszedł od okna i zaczął przetrząsać całe mieszkanie, wszystko, czego jeszcze woda nie zalała. W końcu znalazł ołówek, kawałek suchego papieru i butelkę z korkiem. I napisał z jednej strony:
POMOCY!
PROSIACZEK (JA)
a z drugiej:
TO JA, PROSIACZEK, POMOCY, POMOCY!
Potem włożył kartkę do butelki, zakorkował ją tak mocno, jak tylko mógł, wychylił się przez okno tak daleko, jak tylko mógł, aby nie wypaść, i rzucił butelkę tak daleko, jak tylko mógł. Chlup! i po krótkiej chwili butelka zakołysała się na wodzie, a Prosiaczek patrzył, patrzył, jak ona sobie płynie, aż go oczy rozbolały od patrzenia. Chwilami zdawało mu się, że to naprawdę butelka, a chwilami - że to tylko zmarszczka na powierzchni wody, na którą spoglądał, a potem nagle uprzytomnił sobie, że już jej nigdy nie zobaczy i że zrobił wszystko, co mógł, aby się uratować.
"Więc teraz - pomyślał - kto inny będzie musiał coś zrobić i spodziewam się, że zrobi to prędko, bo jeśli nie, będę musiał pływać, a ja tego nie potrafię". Potem westchnął głęboko i powiedział: - Chciałbym, żeby tu był Puchatek. Byłoby nam raźniej we dwóch. 
Gdy deszcz zaczął padać, Puchatek spał. Deszcz padał, padał bez końca, a Puchatek spał, spał i spał. Miał strasznie męczący dzień. Pamiętał, że odkrył
Biegun Północny i tak był z tego dumny, że zapytał Krzysia, czy są na świecie jeszcze inne bieguny, które Miś o Bardzo Małym Rozumku mógłby jeszcze odkryć.
- Jest Biegun Południowy - odparł Krzyś - i jest chyba jeszcze Biegun Wschodni i Zachodni, choć ludzie nie lubią o nich mówić.
Puchatek był poruszony do głębi, gdy się o tym dowiedział, i oświadczył Krzysiowi, że oni obydwaj powinni wyruszyć na odkrycie Wschodniego Bieguna. Ale Krzyś miał całkiem co innego w głowie. Myślał o tym, co zrobić z Kangurzycą. Wobec tego Puchatek wyruszył sam na odkrycie Wschodniego Bieguna. Czy odkrył go, czy nie, tego już nie pamiętam. Wiem tylko, że gdy wrócił do domu, był tak zmęczony, że wśród kolacji, którą jadł trochę więcej niż pół godziny, zapadł w głęboki sen na swym krzesełku i spał, spał i spał. I przyśnił mu się sen. Śniło mu się, że był na Biegunie Wschodnim. Był to bardzo
zimny biegun, otoczony ze wszystkich stron najzimniejszym śniegiem i lodem, jaki tylko można sobie wyobrazić. Znalazł tam ul i wlazł do niego, żeby się w nim przespać. Ale ul był za mały i nie mieściły mu się w nim łapki. Wobec tego musiał je trzymać na zewnątrz. I przyszły Dzikie Łasiczki, takie jakie zamieszkują Biegun Wschodni, i wyskubały mu całe futerko z łapek, żeby zrobić gniazdko dla swoich młodych. Im bardziej go obskubywały, tym robiło mu się zimniej w łapki, aż nagle zbudził się i krzyknął: - Ojej, ratunku! - Bo oto siedział na krzesełku z nogami w wodzie, otoczony wodą dokoła. Z
pluskiem skoczył do drzwi i wyjrzał na dwór...
- O, to poważna sprawa - powiedział - muszę się jakoś ratować. Wziął więc największy garnek miodu, jaki miał, i wgramolił się z nim na najwyższą gałąź drzewa, tak aby woda nie mogła go dosięgnąć. A potem zlazł na dół i wrócił na swoją gałąź z drugim garnkiem miodu... i tak chodził parę razy, tam i z powrotem. A gdy wreszcie skończył swoje wędrówki, usiadł sobie na gałęzi, dyndając nogami, a obok niego stało dziesięć garnków miodu...
Nazajutrz siedział Puchatek na gałęzi dyndając nogami, a obok niego stały cztery garnczki miodu...
W dwa dni potem siedział sobie Puchatek na drzewie dyndając nogami, a obok niego stał jeden garnczek miodu...
W trzy dni potem siedział sobie Puchatek na drzewie... I właśnie trzeciego dnia rano przypłynęła do niego butelka Prosiaczka. I z radosnym okrzykiem: - Miód! - Puchatek skoczył do wody, złapał butelkę i wlazł z powrotem na drzewo.
- Masz ci los! - zawołał, gdy odkorkował butelkę. - Tyle chlapaniny na nic! Ale co tu robi ten skrawek papieru?
Wydobył go z butelki i obejrzał na wszystkie strony.
- Tu chyba jest jakaś wiadomość - mruknął do siebie - to pewne. A ta litera to jest P i ta też, i ta też, a P to pewnie znaczy Puchatek, czyli że jest to bardzo ważna wiadomość dla mnie, a ja nie mogę jej odczytać. Muszę pójść do Krzysia albo do Sowy, albo do Prosiaczka, bo oni są uczeni i umieją wyczytać
to, co tu jest napisane, to mi powiedzą, co ta wiadomość oznacza. Ale jak się do nich dostać? Nie umiem przecież pływać. Masz ci los! I nagle przyszła mu do głowy pewna myśl i sądzę, że jak na Misia o Bardzo Małym Rozumku była to bardzo Mądra myśl. Powiedział sobie w duchu: "Jeśli butelka potrafi pływać, to i garnek potrafi pływać i jeśli będzie to bardzo duży garnek, będę mógł na nim usiąść".
Więc wziął swój największy garnek i umocował na nim pokrywkę.
- Każdy statek jakoś się nazywa - powiedział. - Więc mój statek będzie się nazywał "Pływający Miś" - To mówiąc, puścił swój statek na wodę i sam wskoczył na niego. Przez krótką chwilę Puchatek i "Pływający Miś" nie wiedzieli całkiem na pewno, który z nich ma być na wierzchu, a który pod spodem,
i po wypróbowaniu kilku sposobów doszło do porozumienia między "Pływającym Misiem" pod spodem a Puchatkiem siedzącym okrakiem na wierzchu i wiosłującym jedną łapką.
Krzyś mieszkał na samym skraju Lasu. Deszcz padał, padał bez końca, ale woda nie mogła dosięgnąć jego domu. Było to nawet przyjemnie patrzeć z góry i widzieć tyle wody naokoło. A deszcz padał tak bardzo, że Krzyś przeważnie siedział w domu i myślał sobie o rozmaitych rzeczach. Co rano wychodził z
domu z parasolem i wtykał patyczek w miejsce, do którego dochodziła woda. I każdego następnego ranka wychodził i nie mógł już dojrzeć swego patyczka. Więc wtykał nowy patyczek, do którego teraz dochodziła woda, i znów wracał do domu. I każdego ranka miał krótszą drogę do przebycia do swego patyczka niż poprzedniego dnia. Aż wreszcie piątego dnia rano woda rozlana była dookolusieńka i Krzyś przekonał się, że po raz pierwszy w życiu jest na prawdziwej wyspie co było bardzo interesujące.
Zdarzyło się to właśnie tego samego ranka, gdy Sowa Przemądrzała przyfrunęła nad wodę, by powiedzieć "Jak się masz!" swemu przyjacielowi Krzysiowi.
- Powiedz, Sowo - powiedział Krzyś - czy to nie zabawne? Jestem na wyspie!
- Warunki atmosferyczne były ostatnio nader nie sprzyjające - rzekła Sowa.
- Co było?
- Deszcz padał - wyjaśniła Sowa.
- Tak - powiedział Krzyś - bardzo padał.
- Poziom wody osiągnął nie notowaną dotychczas wysokość.
- Co się stało?
- Wszędzie jest pełno wody - rzekła Sowa.
- Tak - zgodził się Krzyś - wszędzie.
- Jednak prognoza okazała się ostatnio bardziej sprzyjająca. Lada chwila...
- Czy widziałaś Puchatka?
- Nie. Lada chwila...
- Nie wiem, co się z nim dzieje - przerwał jej Krzyś. - Chyba nic mu nie grozi. Myślę, że Prosiaczek jest razem z nim. Jak sądzisz, Sowo, czy nic im nie zagraża?
- Sądzę, że nie. Lada chwila...
- Poleć i zobacz, Sowo. Bo Puchatek nie ma za wiele rozumu i może zrobić jakie głupstwo, a ja go tak bardzo kocham, Sowo. Rozumiesz?
- Tak jest - rzekła Sowa - już lecę. I wracam natychmiast. - I poleciała. Po krótkiej chwili już była z powrotem.
- Nie ma Puchatka - oznajmiła.
- Jak to: nie ma?
- Był, ale go nie ma. Siedział na gałęzi drzewa, wysoko nad swoim mieszkaniem, razem z dziesięcioma garnczkami miodu. Garnczki są, ale Puchatka nie ma.
- Ach, Puchatku, Puchatku! - zawołał Krzyś. - Gdzie jesteś?
- Tu jestem - odezwał się mrukliwy głos tuż za nim.
- Puchatku!
Padli sobie w objęcia.
- Jak się tu dostałeś? - spytał Krzyś, gdy mógł wreszcie wydobyć z siebie słowo.
- Na moim statku - odparł dumnie Puchatek. - Otrzymałem bardzo ważną wiadomość przysłaną mi w butelce. Ale skutkiem wody, która nalała mi się do oczu, nie mogłem jej odczytać. Więc przywożę ją do ciebie. Na moim statku. Z tymi dumnymi słowy wręczył Krzysiowi wiadomość.
- Ależ to od Prosiaczka! - zawołał Krzyś, gdy przeczytał kartkę.
- A czy nie ma tam czegoś o Puchatku? - spytał Miś, zaglądając mu przez ramię. Krzyś przeczytał na głos wiadomość.
- Czy te P to są prosiaczki? Bo ja myślałem, że to są puchatki.
- Musimy natychmiast iść mu na ratunek. Myślałem, że Prosiaczek jest razem z tobą, Puchatku! Sowo, czy mogłabyś wyratować go na własnym grzbiecie?
- Nie sądzę - odparła Sowa po głębokim namyśle. - Jest rzeczą wątpliwą, czy odpowiednie mięśnie grzbietowe...
- Więc może byś natychmiast pofrunęła i dała mu znać, że Ratunek Nadchodzi. A już my z Puchatkiem coś wymyślimy i przybędziemy, jak tylko się da najprędzej. Tylko już nie gadaj, Sowo, ale leć w te pędy.
I Sowa, wciąż myśląc, co by tu dało się jeszcze powiedzieć, pofrunęła.
- A teraz powiedz mi, Puchatku - rzekł Krzyś - gdzie jest twój statek?
- Powinienem był właściwie powiedzieć - tłumaczył Puchatek, gdy szli razem ku brzegowi wyspy - że to nie jest zwyczajny statek. Czasami jest to Statek, ale częściej jest to Katastrofa. To wszystko zależy.
- Zależy? Od czego?
- Zależy od tego, czy jestem na nim, czy pod nim.
- Ach, tak... A gdzie jest ten twój statek?
- Tutaj - odparł Puchatek wskazując dumnie na "Pływającego Misia".
Prawdę mówiąc, to Krzyś spodziewał się całkiem czego innego i im bardziej przyglądał mu się, tym bardziej myślał sobie, jak dzielnym i mądrym Misiem jest Kubuś Puchatek, i im bardziej się o tym przekonywał, tym skromniej Puchatek patrzył na koniuszek swego nosa i starał się udawać, że go
wcale nie ma.
- Ależ to za małe dla nas dwóch - powiedział Krzyś z żalem.
- Dla nas trzech, razem z Prosiaczkiem.
- Tym bardziej. Ach, Puchatku, co my teraz zrobimy? 
Wówczas miły Niedźwiadek, dzielny Miś, Kubuś Puchatek, nasz P. P. (Przyjaciel Prosiaczka), sympatyczny T. K. (Towarzysz Królika), poczciwy P. K. i Z.
O. (Pocieszyciel Kłapouchego i Znalazca Ogona), słowem, Puchatek we własnej osobie, powiedział coś tak mądrego, że Krzyś mógł tylko patrzeć na niego z otwartą buzią i szeroko otwartymi oczami, zastanawiając się nad tym, czy to naprawdę powiedział Miś o Bardzo Małym Rozumku, Kubuś Puchatek, którego znał i kochał od tak dawna.
- Możemy popłynąć na twoim parasolu - rzekł Puchatek.
- ?
- Możemy popłynąć na twoim parasolu - powtórzył Puchatek.
- ??
- Możemy popłynąć na twoim parasolu - powiedział jeszcze raz Puchatek.
- !!!
I nagle Krzyś zrozumiał, że jest to naprawdę możliwe. Otworzył swój parasol i wsadził go do wody szpicem na dół. Parasol pływał, lecz chybotał się na wodzie. Puchatek wlazł do środka. I już miał właśnie powiedzieć, że wszystko jest w porządku, gdy zauważył, że wcale tak nie jest. Gdyż po paru łykach wody, na które doprawdy wcale nie miał ochoty, podpłynął z powrotem do Krzysia. Potem, gdy obydwaj weszli do środka, parasol przestał się kiwać.
- Ten statek będzie się nazywał "Rozumek Puchatka" - oznajmił Krzyś. "Rozumek Puchatka" robiąc zręczny półobrót odbił od brzegu w kierunku południowo-zachodnim.
Możecie sobie wyobrazić radość Prosiaczka, gdy wreszcie statek ukazał się jego oczom. Później, po wielu latach, lubił sobie wspominać, jak to znajdował się w Bardzo Wielkim Niebezpieczeństwie podczas Straszliwej Powodzi, lecz jedyne niebezpieczeństwo, jakie mu naprawdę groziło, zdarzyło się w ostatniej godzinie jego oczekiwania, gdy Sowa, która właśnie przyfrunęła, usiadła na gałęzi drzewa nad jego mieszkaniem i aby mu dodać otuchy, opowiedziała bardzo długą historię o jakiejś ciotce, która raz przez pomyłkę wysiedziała jajko mewy, i ta historia ciągnęła się i ciągnęła, mniej więcej jak to zdanie,
aż Prosiaczek, który siedząc w oknie bez żadnej nadziei na ratunek, zasnął zrezygnowany i przechylony przez okno w dół zwisał na samych już tylko kopytkach i właśnie w tej chwili, na szczęście, nagły głośny pisk Sowy, który w rzeczywistości stanowił część opowiadanej przez Sowę historii i był właśnie
tym, co ciotka powiedziała, zbudził Prosiaczka, który akurat miał tylko tyle czasu, aby zdążyć cofnąć się w tył w bezpieczne miejsce i powiedzieć: "Ależ to bardzo ciekawe, a co ona na to?", gdy w końcu ujrzał - możecie sobie wyobrazić jego radość - poczciwy statek "Rozumek Puchatka" (Kapitan Krzyś; I oficer K. Puchatek) idący mu na ratunek...
A ponieważ jest to naprawdę koniec historii, a ja jestem bardzo zmęczony po tym ostatnim zdaniu, myślę, że tu się na chwilę zatrzymamy.
A. A. Milne

 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Drukuj