Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stumilowy Las. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stumilowy Las. Pokaż wszystkie posty

piątek, 6 kwietnia 2012

Bajki na dobranoc - Chatka Puchatka - rozdział III

Rozdział III, w którym zostaje zorganizowane poszukiwanie Małego i Prosiaczek znów spotyka Słonia

Pewnego dnia Puchatek siedział u siebie w domu i liczył garnczki miodu, gdy nagle ktoś zapukał do drzwi.
- Czternaście – powiedział Puchatek. – Proszę wejść. Czternaście. Zaraz, a może piętnaście? Masz ci los! Ktoś mi przeszkodził.
- Dzień dobry, Puchatku! – rzekł Królik.
- Jak się masz, Króliku! Czternaście, prawda?
- Czego czternaście?
- Garnczków miodu, które liczyłem.
- Tak, czternaście.
- Czy aby na pewno?
- Nie – odparł Królik. – Ale co za różnica?
- Tak tylko chciałem wiedzieć – powiedział Puchatek potulnie. – Żebym mógł sobie powiedzieć: „Zostało mi jeszcze czternaście garnczków miodu”. A może piętnaście?
- Więc przypuśćmy, że szesnaście – powiedział Królik. – Przyszedłem po to, żeby cię zapytać, czy nie wiesz czasem, gdzie jest Mały.
- Zdaje się, że nie – odparł Puchatek. Po czym pomyślał trochę i zapytał: - A kto to jest Mały?
- Jeden z moich krewnych-i-znajomych – odparł Królik lekceważąco.
Niewiele to powiedziało Puchatkowi, ponieważ Królik miał tak dużo krewnych-i-znajomych tak rozmaitych rodzajów i wielkości, że nie wiadomo było, czy Małego należy szukać gdzieś na wierzchołku drzewa, czy na płatku jaskra.
- Nie widziałem dziś w ogóle nikogo – powiedział Puchatek – komu można byłoby powiedzieć: „Jak się masz, Mały!”. A na co ci on potrzebny?
- Ja go nie potrzebuję – odparł Królik – ale zawsze jest dobrze wiedzieć, gdzie jest jaki krewny-i-znajomy, czy się go potrzebuje, czy nie.
- Aha, rozumiem – rzekł Puchatek. – Czy on zaginął?
- Otóż jest taka sprawa – powiedział Królik – że od dłuższego czasu nikt go nie widział, więc przypuszczam, że zaginął. W każdym razie – ciągnął dalej z bardzo ważną miną – obiecałem Krzysiowi, dezorganizuję Poszukiwanie, żeby go odnaleźć. Więc chodź ze mną.
Puchatek pożegnał serdecznie swoje czternaście garnczków miodu i mając błogą nadzieję, że jest ich piętnaście, razem z Królikiem poszedł w głąb Lasu.
- Więc teraz – powiedział Królik – rozpoczynamy Poszukiwanie, które ja Zorganizowałem.
- Coś ty z nim zrobił?
- Zorganizowałem. To znaczy, że - czyli że to jest to, co się robi z Poszukiwaniem, kiedy każdy szuka w innym miejscu. Chodzi mi o to, Puchatku, żebyś ty najpierw szukał w okolicy Sześciu Sosen, a potem poszedł do Sowy i tam czekał na mnie. Rozumiesz?
- Nie – odpowiedział Puchatek. – Co mam zrobić?
- Więc spotkamy się przed domem Sowy mniej więcej za godzinę.
- Czy Prosiaczek też jest zorganizowany?
- Wszyscy jesteśmy zorganizowani – odparł Królik i poszedł.
Puchatek, gdy tylko Królik znikł mu z oczu, przypomniał sobie, że zapomniał zapytać, kto to jest Mały. Czy należy do tego rodzaju krewnych-i-znajomych, którzy siadają komuś na nosie, czy też do tych, na których się przez pomyłkę nadeptuje. A ponieważ było już za późno, aby się dowiedzieć, Puchatek pomyślał, że zacznie Poszukiwanie od szukania Prosiaczka i zapytania go, czego oni właściwie szukają, zanim sam zacznie szukać.
- Nie będę chyba szukał Prosiaczka przy Sześciu Sosnach – rzekł Puchatek do siebie – ponieważ został on zorganizowany w zupełnie innym miejscu, więc najpierw poszukam Zupełnie Innego Miejsca. Ciekaw jestem, gdzie ono jest. – I ułożył sobie w głowie taki plan:

KOLEJNOŚĆ SZUKANIA ROZMAITYCH RZECZY
1.      Zupełnie Inne Miejsce – (żeby znaleźć Prosiaczka).
2.      Prosiaczek – (żeby dowiedzieć się, kto to jest Mały).
3.      Mały – (żeby znaleźć Małego).
4.      Królik – (żeby powiedzieć mu, że znalazłem Małego).
5.      Znowu Mały – (żeby powiedzieć mu, że znalazłem Królika).

„Z czego wynika, że zanosi się na bardzo kłopotliwy dzień” – myślał Puchatek idąc Lasem.W chwilę potem okazało się, że dzień był naprawdę kłopotliwy, gdyż Puchatek tak był zajęty niepatrzeniem, którędy idzie, że stąpnął na kawałek Lasu, który był przez pomyłkę wpuszczony w ziemię. Więc miał tylko tyle czasu, aby móc pomyśleć: „Ja fruwam. Robię to, co robi Sowa. Ciekaw jestem, jak się zatrzymać...” – gdy nagle zatrzymał się. Bęc!
- Aj! – coś zapiszczało.
„To dziwne – pomyślał Puchatek. – Powiedziałem „aj”, wcale nie ajając”.
- Pomocy! – zakwiczał piskliwy, wysoki głos.
„To znowu ja – pomyślał Puchatek. – Miałem Wypadek i wpadłem do studni, i mój głos stał się piskliwy, i wydobywa się ze mnie, choć ja wcale tego nie chcę, ponieważ coś sobie zrobiłem w środku. Masz ci los!”
- Pomocy! Pomocy!
„Znów to samo. Mówię rozmaite rzeczy, choć wcale nie mam zamiaru tego robić. Musiał mi się wydarzyć Bardzo Przykry Wypadek”. I potem pomyślał, że może, gdyby chciał naprawdę coś powiedzieć, wcale by tego nie potrafił. Więc, aby się upewnić, powiedział głośno: - Bardzo Przykry Wypadek spotkał Kubusia Puchatka.
- Puchatku! – pisnął głosik.
- To Prosiaczek! – zawołał Puchatek. – Gdzie jesteś?
- Pod spodem – rzekł Prosiaczek w sposób bardzo podspodni.
- Pod spodem czego?
- Ciebie – kwiknął Prosiaczek. – Wstań!
- Och – powiedział Puchatek i zerwał się szybko. – Czy ja spadłem na ciebie, Prosiaczku?
- Spadłeś na mnie – potwierdził Prosiaczek, macając się na wszystkie strony.
- Ja naprawdę nie chciałem – rzekł Puchatek z żalem.
- I ja nie chciałem być pod spodem – powiedział Prosiaczek ze smutkiem. – Ale na szczęście nic się złego nie stało, Puchatku, i tak się cieszę, że to byłeś ty.
- Co to było? – spytał Puchatek. – Gdzie my jesteśmy?
- Zdaje się, że jesteśmy w jakimś  Dole. Szedłem sobie szukając kogoś i nagle już mnie nie było, i akurat kiedy wstałem, żeby zobaczyć, gdzie jestem, coś spadło na mnie i to byłeś ty.
- Ach tak! – westchnął Puchatek.
- Puchatku – powiedział Prosiaczek z niepokojem i przytulił się do niego trochę mocniej – a może wpadliśmy w Pułapkę?
Puchatek w tej chwili wcale o tym nie myślał, ale teraz skinął łebkiem, gdyż nagle przypomniał sobie, jak to kiedyś razem z Prosiaczkiem urządzili Misiową Pułapkę na Słonie, i teraz zrozumiał, co się stało: on i Prosiaczek wpadli do Słoniowej Pułapki na Misie. Ot, co się stało.
- A co będzie, kiedy przyjdzie Słoń? – spytał Prosiaczek drżąc, gdy usłyszał te okropne wieści.
- Może on cię nie zauważy, Prosiaczku – pocieszał go Puchatek – bo ty jesteś Bardzo Małym Zwierzątkiem...
- Ale on zauważy ciebie, Puchatku.
- Tak, zauważy mnie, a ja jego zauważę – mówił Puchatek z namysłem – i będziemy się zauważać – on mnie, a ja jego przez długi czas, a potem on powie: „ho-ho”.
Prosiaczek wzdrygnął się lekko na myśl o tym „ho-ho” i zaczęły mu dygotać uszka.
- A cco tty mmu ppowiesz? – zapytał.
Puchatek spróbował pomyśleć o czymś, co mógłby odpowiedzieć, ale im bardziej myślał, tym bardziej czuł, że nie ma żadnej odpowiedzi na „ho-ho” powiedziane przez Słonia takim głosem, jakim ten Słoń to powie.
- Nic mu nie odpowiem – rzekł w końcu Puchatek – tylko mruknę do siebie samego, jakbym czekał na coś.
- A może on znowu powie „ho-ho”? – zapytał Prosiaczek drżąc.
 - Powie – odparł Puchatek.
Uszy Prosiaczka zaczęły dygotać tak szybko, że musiał przyłożyć je do brzegu Pułapki, aby utrzymać je w spokoju.
- Powie to znowu – rzekł Puchatek – a ja będę dalej mruczał i to go zaniepokoi, bo jeżeli ktoś mówi dwa razy „ho-ho” w sposób żarłoczny, a druga osoba tylko mruczy, i kiedy ten ktoś po raz trzeci zaczyna mówić „ho-ho”, to znaczy, że...
- Że co? – spytał Prosiaczek zdumionym szeptem.
- Że to nie jest... –rzekł Puchatek.
- Co nie jest?
Puchatek wiedział, co ma na myśli, ale ponieważ był Misiem o Bardzo Małym Rozumku, więc nie potrafił tego wyrazić słowami.
- Chcesz powiedzieć, że to nie jest takie hohohiczne... – rzekł Prosiaczek pełen nadziei.Puchatek spojrzał na niego z podziwem, i powiedział, że to właśnie miał na myśli, ponieważ nie można mówić „ho-ho”, kiedy tamten sobie w najlepsze mruczy.
-A jeżeli on powie co innego? – spytał Prosiaczek.
- Otóż właśnie. On wreszcie powie: „Co to wszystko znaczy?”. A ja wtedy powiem – i to jest świetna myśl, Prosiaczku, która w tej chwili właśnie przyszła mi do głowy – ja powiem: „To jest Pułapka na Słonie, którą ja sporządziłem, i czekam, żeby Słoń w nią wpadł”. I będę dalej mruczał. Wtedy on się bardzo Zmiesza.
- Puchatku! – zawołał Prosiaczek... i teraz on z kolei spojrzał z podziwem na Puchatka. – Uratowałeś nas!
- Tak myślisz? – zapytał Puchatek, nie będąc tego zupełnie pewnym.
Za to Prosiaczek był zupełnie pewien. I biegł myślą coraz dalej i dalej, i widział Puchatka i Słonia,  rozmawiających ze sobą, i nagle pomyślał ze smutkiem, jakby to było pięknie, gdyby to on, Prosiaczek, rozmawiał ze Słoniem tak godnie, a nie Puchatek, chociaż on Puchatka bardzo a bardzo kochał. Bo prawdę mówiąc, to on, Prosiaczek, miał więcej rozumu niż Puchatek i rozmowa toczyłaby się lepiej, gdyby on, Prosiaczek, a nie Puchatek, był w niej jedną ze stron. A potem, po jakimś czasie, byłoby tak miło wspominać wieczorami ten dzień, kiedy to tak odważnie rozmawiał ze Słoniem, tak jakby Słonia wcale nie było. Teraz to mu się wydawało takie łatwe. O, Prosiaczek wiedział dokładnie, jak będzie mówił ze Słoniem:
SŁOŃ (żarłocznie): Ho-ho!
PROSIACZEK (od niechcenia): Tra-la-la! Tra-la-la!
SŁOŃ (zdziwiony i już nie tak pewny siebie): Ho-ho!
PROSIACZEK (coraz bardziej lekceważąco): Ta-ram-pa-pam, ta-ram-pam-pam.
SŁOŃ (zaczyna mówić”ho-ho” i zmienia to niezręcznie w chrząkanie): Hm... Co to wszystko znaczy?
PROSIACZEK (zdziwiony): Och, to jest po prostu pułapka, którą zastawiłem, i czekam na Słonia, żeby się w nią złapał.
SŁOŃ (ogromnie zmieszany): Ooo... (Po długim milczeniu). Czy to prawda?
PROSIACZEK: Tak.
SŁOŃ (niespokojnie): O! Myślałem... myślałem, że to jest pułapka, którą ja zastawiłem, żeby nałapać Prosiaczków.
PROSIACZEK (zdziwiony): Ale skąd?
SŁOŃ: W takim razie przepraszam. (Usprawiedliwiając się). Musiałem... musiałem się pomylić.
PROSIACZEK: Mam wrażenie, że tak. (Uprzejmie). Bardzo mi przykro. (Nuci pod nosem).
SŁOŃ: W takim razie myślę, że będzie lepiej, jeśli sobie pójdę.
PROSIACZEK (niedbale): Cóż, jeśli musisz – to trudno. A gdybyś przypadkiem zobaczył Krzysia, to powiedz mu, że chciałbym się z nim widzieć.
SŁOŃ (skwapliwie i przymilnie): Oczywiście, oczywiście (i pędem ucieka).
PUCHATEK (który miał być nieobecny, ale okazuje się, że bez niego nie można się obejść): Ach, Prosiaczku, jakiś ty dzielny i mądry!
PROSIACZEK (skromnie): Och, wcale nie, Puchatku. (I potem, gdy zjawia się Krzyś, Puchatek może mu o wszystkim opowiedzieć).
Kiedy Prosiaczek tak sobie rozkosznie marzył, a Puchatek zastanawiał się znowu, czy było ich czternaście, czy piętnaście, Poszukiwania Małego trwały w dalszym ciągu po całym Lesie. Mały w rzeczywistości nazywał się Bardzo Mały Żuczek, ale dla skrótu nazywano go po prostu Mały, jeśli w ogóle cokolwiek mówiło się o nim, co zresztą rzadko się zdarzało.
A było to tak, że Mały stał sobie przez chwilę z Krzysiem, a potem poszedł, by obejść krzak jałowca dookoła dla wprawy, i zamiast wrócić z drugiej strony, jak się można było tego spodziewać, nie wrócił i nikt nie wiedział, co się z nim stało.
- Myślę, że on po prostu poszedł do domu – powiedział Krzyś do Królika.
- Czy powiedział ci na odchodnym „Do widzenia i dziękuję za mile spędzony czas”? – zapytał Królik.
- Powiedział tylko „cześć” i poszedł – odparł Krzyś.
- Aha – rzekł Królik. A po krótkim namyśle mówił dalej: - A czy dostałeś od niego potem bilecik, w którym pisał, jak bardzo mu było miło i jak żałuje, że musiał tak nagle odejść?
Krzyś powiedział, że nie dostał.
- Aha – rzekł Królik z bardzo ważną miną. – Widzę, że to sprawa poważna. Mały zaginął. Musimy natychmiast rozpocząć Poszukiwanie zaginionego. Krzyś, który myślał o czym innym, powiedział: - Gdzie jest Puchatek? – Ale Królika już nie było. Więc wrócił do domu i zrobił rysunek, na którym był wyobrażony Puchatek idący na spacer około siódmej rano. A potem wdrapał się na wierzchołek drzewa i zlazł na dół, a potem pomyślał, co też Puchatek może teraz robić, i poszedł do Lasu, żeby się z nim zobaczyć. Wkrótce doszedł do miejsca, gdzie był Piaszczysty Dół, zajrzał do środka, a w tym Dole leżeli Puchatek z Prosiaczkiem grzbietami do góry i spali w najlepsze.
- Ho-ho! – zawołał Krzyś na cały głos.
Prosiaczek ze Zdumienia i Strachu poderwał się na pół łokcia w górę, ale Puchatek spał dalej.
„To Słoń” – pomyślał Prosiaczek z niepokojem, po czym chrząknął z lekka, tak żeby ani jedno słowo nie uwięzło mu w gardle najspokojniej w świecie i całkiem po prostu powiedział: - Tra-la-la, tra-la-la – czyli to, co o tym właściwie myślał. Ale nie rozglądał się przy tym dookoła, bo jeśli ktoś rozgląda się dookoła i zobaczy nagle Groźnego Słonia, patrzącego z góry, to może czasami zapomnieć o tym, co miał do powiedzenia.
- Rum-tum-tum, tra-la-bum – zanucił Krzyś głosem niby Puchatka, ponieważ Puchatek ułożył kiedyś piosenkę, która brzmiała:

                                       Tra-la-la, tra-la-la
                                       Tra-la-la, tra-la-la,
                                       Rum-tum-tum, tra-la-bum.
Więc Krzyś, ile razy ją śpiewał, zawsze robił to głosem Puchatka, co zdaje się w ten sposób najlepiej wychodzi.
„Powiedział nie to, co trzeba – pomyślał Prosiaczek zatroskany – powinien był powiedzieć jeszcze "ho-ho", więc może będzie lepiej, jeśli ja powiem to za niego...” – I w najdzikszy sposób, na jaki tylko mógł się zdobyć, powiedział: - Ho-ho!
- Skąd się tam wziąłeś, Prosiaczku? – zapytał Krzyś swoim zwykłym głosem.
„To Straszne – pomyślał Prosiaczek. – Ten Słoń najpierw udaje głos Puchatka, a potem mówi głosem Krzysia i robi to po to, żeby mnie zmylić”. I już Zupełnie Zmylony, powiedział prędziutko i piskliwie:
- To jest pułapka na Misie i ja czekam, żeby w nią wpaść, ho-ho! Co to wszystko znaczy i potem ja powiem „ho-ho” jeszcze raz!
- Co takiego? – spytał Krzyś.
- Pułapka na ho-honie – powiedział Prosiaczek zachrypłym ze strachu głosem. – Ja ją własnie zastawiłem i czekam na ho-honia, żeby przyszedł. Nie wiem, jak długo Prosiaczek zachowywałby się w ten sposób, ale w tej samej chwili Puchatek obudził się gwałtownie i powiedział, że było ich szesnaście. Więc podniósł się i gdy wykręcił głowę tak, żeby podrapać się w to niewygodne miejsce w samym środku grzbietu, gdzie coś go łaskotało, naraz ujrzał Krzysia.
- Jak się masz! – zawołał radośnie.
- Jak się masz, Puchatku!
Prosiaczek spojrzał w górę i nagle zrobiło mu się tak Głupio i Nieprzyjemnie, że postanowił już prawie uciec do Morza i zostać Marynarzem, gdy nagle coś zobaczył.
- Puchatku! – zawołał. – Coś ci łazi po grzbiecie.
- I ja też tak sobie myślałem – rzekł Puchatek.
- Krzysiu, znalazłem Małego! – zawołał Prosiaczek.
- Brawo, Prosiaczku – rzekł Krzyś.
I po tych dwóch pełnych otuchy słowach Prosiaczek poczuł się znów szczęśliwy i postanowił, że już nie będzie Marynarzem. Więc gdy Krzyś dopomógł im wydostać się z Piaszczystego Dołu, wszyscy trzej poszli sobie razem, trzymając się za ręce.
A w dwa dni potem Królik spotkał przypadkiem w Lesie Kłapouchego.
- Dzień dobry, Kłapouchy! – powiedział. – Czego szukasz?
- Czyś ty rozum stracił? – oburknął go Kłapouchy. – Czego miałbym szukać, jak nie Małego?
- Ale czy ci nie mówiłem? – powiedział Królik. – Mały został odnaleziony dwa dni temu.
Nastąpiła chwila milczenia.
- Ha-ha – powiedział Kłapouchy gorzko. – Dobry kawał. Tylko nie tłumacz się, proszę. To było do przewidzenia.
A. A. Milne

niedziela, 1 kwietnia 2012

Bajki na dobranoc - Chatka Puchatka - rozdział II

Rozdział II, w którym Tygrys przybywa do Lasu i zjada śniadanie

Kubuś Puchatek zbudził się nagle wśród nocy i zaczął nasłuchiwać. Potem wyszedł z łóżka, zapalił świecę i poszedł do spiżarni, aby sprawdzić, czy nikt się nie dobiera do jego miodu. Nikt się nie dobierał, więc podreptał z powrotem, wrócił do łóżka i zgasił świecę. I znów usłyszał rumor.
- Czy to ty, Prosiaczku? – zapytał.
Ale to nie był Prosiaczek.
- Wejdź, Krzysiu – powiedział.
Ale Krzyś nie wchodził.
- Jutro mi o tym opowiesz, Kłapouszku – rzekł Puchatek sennie.
Ale rumor nie ustawał.
- Uorrauorrauorrauorrauorrra... – mówiło to Niewiadomoco za drzwiami i Puchatek poczuł nagle, że wcale nie jest śpiący.
„Co to może być? – medytował. – Znam najrozmaitsze dźwięki w lesie, ale tego jeszcze nie słyszałem. Nie jest to warczenie, ani mruczenie, ani szczekanie, ani też chrząkanie, jakie wydaje się przed rozpoczęciem deklamacji wiersza, ale jest to dźwięk, który wydaje bardzo dziwne zwierzę. A ono wydaje ten dźwięk tuż pod moimi drzwiami, więc wstanę i poproszę je, żeby przestało”.
Puchatek wstał z łóżka i otworzył drzwi.
- Hej! – zawołał na wypadek, gdyby coś było za drzwiami.
- Hej! – odpowiedziało Niewiadomoco.
- Oho – rzekł Puchatek do siebie i znów zawołał: - Hej!
- Hej!
- Aha, to ty! – powiedział Puchatek. – Hej!
- Hej! – odpowiedziało Bardzo Dziwne Zwierzę, zastanawiając się nad tym, jak to długo jeszcze potrwa.
Puchatek miał właśnie po raz czwarty powiedzieć „hej”, ale postanowił tego nie robić i zapytał:
- Kto tam?
- Ja – odpowiedział głos.
- Aha – rzekł Puchatek – proszę wejść.
Więc Niewiadomoco weszło i przy świetle świecy spoglądało na Puchatka, a Puchatek na Niewiadomoco.
- Jestem Puchatek – rzekł Puchatek.
- Jestem Tygrys – powiedział Tygrys.
- Aha – powiedział Puchatek, bo nigdy przedtem takiego zwierzęcia nie widział. – Czy Krzyś cię zna?
- Pewnie, że zna – odparł Tygrys.
- No dobrze – powiedział Puchatek – teraz jest noc, czyli odpowiednia pora, żeby spać. A jutro rano będziemy mieli miód na śniadanie. Czy Tygrysy lubią miód?
- Tygrysy wszystko lubią – odpowiedział tygrys radośnie.
- Dobrze, więc jeśli lubią spać na podłodze, to ja sobie wrócę do łóżeczka – rzekł Puchatek. – A jutro rano będziemy wyprawiać rozmaite figielki. Dobranoc!
Z tymi słowami wrócił do łóżka i zasnął. Gdy obudził się z rana, pierwszą rzeczą, jaką zobaczył, był Tygrys siedzący przed lustrem i patrzący na swoje odbicie.
-  Dzień dobry! – rzekł Puchatek.
- Dzień dobry! – rzekł Tygrys. – Znalazłem kogoś zupełnie takiego samego jak ja. A myślałem, że więcej takich nie ma.
Puchatek wstał z łóżeczka i zaczął tłumaczyć Tygrysowi, co to jest lustro. I właśnie w najciekawszym miejscu tygrys powiedział:
- Przepraszam cię na chwilkę, ale coś wlazło na stół. – I z głośnym „uorrauorrauorrauorra” przyskoczył do brzegu obrusa, ściągnął go na ziemię, owinął się nim trzy razy, poturlał się na drugi koniec pokoju i po straszliwej walce wydobył głowę na światło dzienne i zawołał z triumfem: - Zwyciężyłem!
- To jest mój obrus – powiedział Puchatek, biorąc się do odwijania Tygrysa.
- Byłem ciekaw, co to jest – rzekł Tygrys – rzekł Tygrys.
- To, co kładzie się na stół i na tym stawia się rozmaite rzeczy.
- Więc dlaczego to próbowało mnie schwytać, kiedy byłem odwrócony?
- Może zdawało ci się, że próbowało – odparł Puchatek.
- Na pewno próbowało, tylko mu się to nie udało.
Puchatek rozłożył obrus na stole i postawił na nim spory garnuszek miodu i razem z Tygrysem zasiedli do śniadania. I gdy tylko siedli, Tygrys nabrał pełne usta miodu... po czym spojrzał w sufit z głową przechyloną na bok, mlasnął parę razy językiem i powiedział stanowczym tonem:
- Tygrysy nie lubią miodu.
- Ach – rzekł Puchatek i starał się, aby to zabrzmiało Smutno i Żałośnie – myślałem, że one lubią wszystko.
- Wszystko prócz miodu – powiedział Tygrys.
Puchatek był z tego poniekąd zadowolony i oświadczył, że gdy tylko skończy śniadanie, zaprowadzi Tygrysa do Prosiaczka i Tygrys będzie mógł spróbować Prosiaczkowych żołędzi.
- Dziękuję ci, Puchatku – powiedział Tygrys – bo żołędzie to jest coś, co Tygrysy lubią najbardziej.
Więc po śniadaniu poszli do Prosiaczka i po drodze Puchatek tłumaczył Tygrysowi, że Prosiaczek jest Bardzo Małym Zwierzątkiem, które nie lubi brykania, i prosił go, aby przynajmniej z początku nie był zbyt Rozbrykany. A Tygrys, który chował się za drzewa i wskakiwał na cień Puchatka, gdy ten cień patrzył w inną stronę, powiedział, że Tygrysy bywają Rozbrykane jedynie przed śniadaniem i kiedy tylko zjedzą trochę żołędzi, stają się Spokojne i Opanowane. Wreszcie doszli do domu Prosiaczka i zapukali do drzwi.
- Dzień dobry, Puchatku! – rzekł Prosiaczek.
- Dzień dobry, Prosiaczku! To jest Tygrys.
- Ach, czy tak? – rzekł Prosiaczek i przemknął na drugi koniec stołu. – Myślałem, że Tygrysy są mniejsze.
- Ho-ho! – zaśmiał się Tygrys. – Ale nie z tych wielkich!
- Tygrysy lubią żołędzie – powiedział Puchatek – i właśnie dlatego przyszliśmy, bo biedny tygrysek nie jadł dziś jeszcze śniadania.
Prosiaczek podsunął Tygrysowi salaterkę żołędzi i powiedział – Pozwól, proszę – po czym przytulił się do Puchatka i, czując się znacznie mężniejszym, powiedział jakby od niechcenia:
- Więc ty jesteś Tygrys? To świetnie.
Ale Tygrys nic na to nie odpowiedział, bo miał usta pełne żołędzi.
Przez jakiś czas słychać było chrupanie, po czym Tygrys powiedział:
- Y-ggy-hy-e-u-ią-o-ę-i...
A gdy Puchatek z Prosiaczkiem spytali: - Co takiego? – Tygrys powiedział: - Pchepracham – i wyszedł na chwilę z pokoju.
Gdy wrócił, powiedział stanowczym tonem:
- Tygrysy nie lubią żołędzi.
- Przecież mówiłeś, że lubią wszystko prócz miodu – powiedział Puchatek.
- Wszystko prócz miodu i żołędzi – wyjaśnił Tygrys.
Gdy Puchatek to usłyszał, powiedział – Aha, rozumiem. – A Prosiaczek, który był poniekąd zadowolony z tego, że Tygrysy nie lubią żołędzi, zapytał: - Więc może lubią oset?
- Dobrze trafiłeś – rzekł Tygrys – bo właśnie oset to jest coś, co Tygrysy lubią najbardziej.
- Więc chodźmy do Kłapouchego – zaproponował Prosiaczek.
I wszyscy trzej poszli, i po długim, długim chodzeniu doszli do miejsca, gdzie mieszkał Kłapouchy.
- Dzień dobry, Kłapouchy! – powiedział Puchatek. – To jest Tygrys.
- Co to jest Tygrys? – spytał Kłapouchy.
- To – wyjaśnili Prosiaczek z Puchatkiem jednocześnie, a Tygrys uśmiechnął się swym najbardziej pogodnym uśmiechem i nic nie mówił.
Kłapouchy obszedł Tygrysa raz dookoła, potem zawrócił i obszedł go drugi raz w przeciwną stronę.
- Co to jest to, co powiedziałeś? – zapytał.
- Tygrys.
- Aha – powiedział znów Kłapouchy.
- On właśnie przyszedł – objaśnił Prosiaczek.
- Aha – powiedział znów Kłapouchy.
Milczał przez długi czas i wreszcie zapytał:
- A kiedy on sobie pójdzie?
Puchatek wyjaśnił Kłapouchemu, że Tygrys jest wielkim przyjacielem Krzysia i że przybył do Lasu, żeby w nim zostać. A Prosiaczek wyjaśnił Tygrysowi, że nie powinien zwracać uwagi na to, co mówi Kłapouchy, bo on już zawsze jest taki ponury. A Kłapouchy wyjaśnił Prosiaczkowi, że odwrotnie, jest właśnie w wyjątkowo pogodnym usposobieniu dzisiejszego poranka. A Tygrys wyjaśnił wszystkim obecnym, że nie jadł dziś jeszcze śniadania.
- Wiedziałem, żeśmy po coś przyszli – rzekł Puchatek. – Tygrysy zawsze jedzą oset i dlatego przyszliśmy do Ciebie, Kłapouszku.
- Nie podkreślaj tego, Puchatku.
- Ach, Kłapouszku, wcale nie chciałem przez to powiedzieć, że nie chciałem cię widzieć.
- Dobrze już, dobrze. Więc twój nowy pręgowany przyjaciel chciałby, oczywiście, zjeść śniadanie? Jak on się nazywa – mówiłeś?
- Tygrys.
- Więc pójdź za mną, Tygrysie.
Kłapouchy zaprowadził go dróżką wiodącą do kępy ostów o wyglądzie tak ostowatym, jak chyba żadne inne osty na świecie. I wskazując na nie kopytem, powiedział:
- Tę małą kępkę przechowywałem na dzień moich urodzin. Ale zresztą... czym są urodziny? Dziś są, jutro ich nie ma. Pozwól, Tygrysie.
Tygrys podziękował mu i spojrzał z niepokojem na Puchatka.
- Czy to naprawdę oset? – szepnął.
- Tak – odpowiedział Puchatek.
-To, co Tygrysy lubią najbardziej?
- Tak jest – odpowiedział Puchatek.
- Aha – rzekł Tygrys.
Nabrał pełne usta i zaczął chrupać.
- Aj! – wrzasnął nagle.
Usiadł i wsadził łapkę do mordki.
- Co się stało? – spytał Puchatek.
- Kłuje! – wybełkotał Tygrys.
- Twój przyjaciel – rzekł Kłapouchy – wygląda, jakby ugryzł pszczołę.
Przyjaciel Puchatka przestał potrząsać głową, aby  powyjmować kolce, i wyjaśnił, że Tygrysy nie lubią ostu.
- Więc po co było marnować mój znakomity oset? – zapytał Kłapouchy.
- Ale przecież mówiłeś – zaczął Puchatek – sam mówiłeś, że Tygrysy lubią wszystko prócz miodu i żołędzi.
- I ostu – rzekł Tygrys, który właśnie zaczął biegać w kółko z wywieszonym językiem.
Puchatek spojrzał na niego ze smutkiem.
- Co my teraz zrobimy? – spytał Prosiaczka.
Prosiaczek miał na to gotową odpowiedź i powiedział wręcz, że trzeba pójść do Krzysia.
- Krzyś jest teraz u Mamy-Kangurzycy. Tam go znajdziecie – powiedział Kłapouchy. Po czym zbliżył się do Puchatka i rzekł głośnym szeptem: - Czy mógłbyś poprosić twojego przyjaciela, żeby się gimnastykował gdzie indziej? Za chwilę będę jadł śniadanie i nie chce, żeby mi ktokolwiek skakał po nim. To taki drobiazg, po prostu mój kaprys, ale każdy z nas ma swoje małe przyzwyczajenia.
Puchatek kiwnął głową uroczyście i zawołał Tygrysa:
- Idziemy do Kangurzycy! Tam na pewno znajdziemy moc pyszności na śniadanie.
Tygrys przestał brykać przez chwilę i podszedł do Puchatka i Prosiaczka.
- Kłuje!- wyjaśnił z uśmiechem. – Chodźmy! – i popędził naprzód.
Puchatek z Prosiaczkiem powoli poszli za nim. I kiedy szli, Prosiaczek nic nie mówił, bo o niczym nie mógł myśleć, a Puchatek nic nie mówił, bo myślał o nowym wierszyku. A kiedy go już wymyślił, zaczął mówić: 
 Co poczniemy z Tygryskiem, gdy nam jeść nic nie będzie?
 Nie smakuje mu miodek, nie smakują żołędzie...
I powiada, że nie chce na śniadanie jeść ostu
Jeszcze mały Tygrysek schudnie nam z tego postu.
Gardzi miodem – szalony! Zje żołędzi - i pluje,
I na oset się krzywi, i powiada że kłuje.
 A Tygrys przez cały czas brykał i skakał przed nimi, oglądając się co chwila i dopytując się, czy to jeszcze daleko. Wreszcie przyszli do Kangurzycy, gdzie zastali Krzysia. Tygrys podbiegł do niego w podskokach.
- A, jesteś, Tygrysie – powiedział Krzyś. – Wiedziałem, że gdzieś jesteś.
- Chciałem coś znaleźć w Lesie – rzekł Tygrys z ważną miną. – Znalazłem jednego Puchatka, jednego prosiaczka i jednego kłapoucha, ale do jedzenia nic nie znalazłem.
Nadeszli Puchatek z Prosiaczkiem, uściskali Krzysia i wyjaśnili mu, co się stało.
- Czy wiesz czasem, co lubią Tygrysy? – spytał Puchatek.
- Zdaje się, że gdybym dobrze o tym pomyślał – odparł Krzyś – obym wiedział, ale Tygrys chyba wie.
- Wiem – odpowiedział Tygrys – wszystko, co tylko jest na świecie, prócz miodu, żołędzi i... no, jak się nazywały te kłujące kuleczki?
- Oset.
- Tak, i prócz ostu.
- Więc może Mama-Kangurzyca da ci coś do zjedzenia?
Weszli do domu Mamy-Kangurzycy i potem, gdy Maleństwo powiedziało raz: „Jak się masz, Puchatku!” i raz: „Jak się masz, Prosiaczku!”, i „Jak się masz, Tygrysku!” dwa razy, ponieważ mówiło to pierwszy raz w życiu i brzmiało to bardzo zabawnie – i gdy Kangurzyca dowiedziała się, o co chodzi, powiedziała bardzo serdecznie:
- Doskonale, zajrzyj sobie do spiżarni, kochany Tygrysku, i powiedz na co miałbyś ochotę.
Bo Kangurzyca wiedziała dobrze, że choć Tygrys wyglądał na dużego, trzeba mu okazać tyleż czułości, co i Maleństwu.
- Czy ja też mogę zajrzeć? – spytał Puchatek, który właśnie odczuwał zbliżanie się jedenastej godziny. Poszedł więc do spiżarni, gdzie znalazł puszkę powideł, a ponieważ coś zdawało mu się mówić, że Tygrysy tego nie lubią, więc odstawił ją na bok, do kącika, i potem wrócił sprawdzić, czy ktoś tego przypadkiem nie wyjadł.
A Tygrys im bardziej wsadzał nos tu, a łapę tam, tym więcej znajdował rzeczy, których Tygrysy nie lubią. I gdy przeszukał już całą spiżarnię i nie znalazł nic do jedzenia, odezwał się do Kangurzycy:
- No i co teraz będzie?
Tymczasem Kangurzyca z Krzysiem i Prosiaczkiem otoczyli Maleństwo i patrzyli, jak ono pije Tran. A Maleństwo jęczało: - Ojej, kiedy nie mogę... – a Kangurzyca mówiła: - No weź, kochane Maleństwo, przypomnij sobie, coś mi przyrzekło.
- Co to jest? – spytał szeptem Tygrys Prosiaczka.
- To Wzmacniające Lekarstwo Maleństwa – odparł Prosiaczek także szeptem – ono tego nie cierpi.
Wówczas Tygrys zbliżył się do Maleństwa, przechylił się przez poręcz jego wysokiego krzesełka, wysunął język i mlasnął głośno. Kangurzyca podskoczyła do góry, krzyknęła „ach!” i chwyciła łyżkę akurat w tej chwili, gdy ta znikała w mordce Tygrysa, i wydobyła ją szczęśliwie z powrotem. Ale tranu już nie było.
- Kochany Tygrysku – szepnęła Kangurzyca.
- Wziął, wziął, wziął moje lekarstwo, wziął moje lekarstwo, wziął moje lekarstwo – zaśpiewało uszczęśliwione Maleństwo, myśląc, że to był wspaniały żart.
A Tygrys spojrzał w sufit, z błogim uśmiechem przymknął oczy i zaczął obracać językiem w mordce, zlizując resztki lekarstwa tak, żeby nawet ani odrobinki nie stracić. Po czym powiedział:
- To właśnie lubią Tygrysy.

 I oto dlaczego Tygrys zamieszkał na stałe u Mamy-Kangurzycy i co dzień na śniadanie, na obiad i kolację dostawał Tran. A czasem, gdy Kangurzyca uważała, że trzeba mu dać coś na wzmocnienie, dostawał po jedzeniu jako lekarstwo jedną lub dwie łyżki stołowe kakao, które Maleństwo piło na śniadanie.
- Chociaż, moim zdaniem – powiedział Prosiaczek do Puchatka – on jest już dostatecznie wzmocniony.
A. A. Milne

niedziela, 4 marca 2012

Bajki na dobranoc - Kubuś Puchatek - rozdział X

Rozdział X, w którym Krzyś wydaje przyjęcie na cześć Puchatka, i tu się żegnamy

Pewnego dnia, gdy słońce znów ukazało się nad Lasem, przynosząc z sobą majowe wonie, a leśne strumyki szemrały radośnie, że znowu są śliczne, tak jak dawniej; gdy małe kałuże leżały sobie spokojnie, śniąc o tym, co widziały, i o przygodach, których zaznały; gdy w cieple i ciszy Lasu kukułka ostrożnie próbowała swego głosu i nasłuchiwała uważnie, jak też on brzmi; gdy leśne gołębie użalały się między sobą i gruchały łagodnie o tym, że to była, oczywiście, wina tamtego i owego, ale że to nie ma większego znaczenia - otóż jednego z takich dni Krzyś gwizdnął w umówiony sposób i w chwilę potem przyfrunęła Sowa ze Stumilowego Lasu, aby dowiedzieć się, czego się od niej żąda.
- Sowo - powiedział Krzyś - urządzam wielkie przyjęcie.
- Ty? Ty urządzasz przyjęcie? - spytała Sowa.
- Tak. I to będzie wielkie przyjęcie na cześć tego, że Puchatek zrobił to, co zrobił, żeby wyratować Prosiaczka z powodzi.
- Ach, to dlatego, że zrobił to, co zrobił?
- Tak. Więc jak najprędzej daj znać Puchatkowi i wszystkim innym. Bo to przyjęcie odbędzie się jutro.
- Czyżby, rzeczywiście, w samej rzeczy? - dopytywała się Sowa.
- Więc bądź tak dobra, Sowo, i zawiadom ich wszystkich. Sowa próbowała pomyśleć o czymś strasznie mądrym do powiedzenia, ale nic nie wymyśliła, więc pofrunęła, żeby zaprosić gości. I pierwszą osobą, którą spotkała, był Puchatek.
- Puchatku - rzekła - Krzyś wydaje wielkie przyjęcie.
- O - rzekł Puchatek i widząc, że Sowa oczekiwała od niego, że powie co innego, powiedział: - A czy będą tam takie małe słodkie przedmiociki z różowym lukrem na wierzchu?
Sowa czuła, że to jest stanowczo poniżej jej godności mówić o jakichś małych przedmiocikach z różowym lukrem na wierzchu, więc powtórzyła Puchatkowi to, co mówił Krzyś i pofrunęła do Kłapouchego.
"Przyjęcie na Moją cześć? - myślał Puchatek idąc. - To niesłychane!" - i zaczął rozmyślać, czy inne zwierzęta dowiedzą się o tym, że to będzie uroczystość specjalnie urządzona na jego cześć, i czy Krzyś opowiedział im o "Pływającym Misiu" i o "Rozumku Puchatka", i o wszystkich cudownych statkach, jakie
on, Puchatek, wynalazł i na jakich pływał. I pomyślał jeszcze, jakie by było straszne, gdyby Krzyś zapomniał o tym powiedzieć i gdyby nikt nie wiedział dokładnie, na czyją cześć jest przyjęcie. I im bardziej o tym myślał, tym bardziej wszystko mieszało mu się w głowie jak sen, w którym wszystko dziwnie się ze sobą plącze. I sen zaczął wyśpiewywać siebie samego w jego głowie, aż stał się czymś w rodzaju piosenki. Była to:
PIOSENKA ZATROSKANEGO PUCHATKA
Hejże ha! Niech żyje Miś!
(Kto? Kto taki? Co za Miś?)
Miś Puchatek, chyba wiecie.
Kubuś znany w całym świecie.
(Kubuś? Znany? Co to znaczy?)
Owszem, znany. Nie inaczej.
(Z czego?)
Zaraz wytłumaczę.
Więc ten Kubuś, jak to bywa,
Choć nie umiał wcale pływać
I choć nie miał żadnej łodzi,
Uratował od powodzi
Serdecznego przyjaciela.
To nie żadna bagatela...
(Jak to zrobił ten Puchatek?)
Więc wynalazł taki statek,
Nie łodzisko jakieś marne,
Lecz wspaniały okręt-garnek.
No i właśnie tym zasłynął,
Że po prostu nim popłynął.
(O kim mowa?)
O Puchatku. O Kubusiu. O niedźwiadku.
O tym Misiu, mężnym, znanym,
Co miał Rozum Niesłychany,
O tym, co jak głosi wieść,
Ponad wszystko lubił jeść
I był gruby jak baryłka.
(Czy to czasem nie pomyłka?
Czy na pewno to ten sam?)
Przecież ja go dobrze znam!
Tak, to Kubuś, Miś Puchatek,
Wielki mędrzec i bohater,
A więc, panie i panowie,
Pijmy teraz jego zdrowie!
Gdy Puchatek tak sobie pomrukiwał, Sowa rozmawiała z Kłapouchym.
- Kłapouchy - rzekła Sowa - Krzyś wydaje wielkie przyjęcie.
- To ciekawe - powiedział Kłapouchy - pewnie znowu chcieliby mnie posadzić między te małe kawałeczki, które pętały się za nami. W każdym razie dziękuję za Łaskawą Pamięć. I proszę cię, nie mów mi już o tym.
- Jest zaproszenie dla ciebie.
- Co takiego?
- Zaproszenie.
- Tak, już słyszałem. A kto mi to podsypie?
- To nie jest nic do jedzenia. To znaczy, że ciebie się prosi na przyjęcie. Jutro. Kłapouchy smutno potrząsnął głową.
- Masz chyba na myśli Prosiaczka. Tego małego z niespokojnymi uszami. To na pewno chodzi o Prosiaczka. Mogę mu to powtórzyć.
- Ależ nie - rzekła Sowa już bardzo zirytowana - tu chodzi o ciebie.
- Czy jesteś tego pewna?
- Najzupełniej. Krzyś powiedział: "Zawiadom ich wszystkich". Najwyraźniej: "Ich wszystkich".
- Ich wszystkich prócz Kłapouchego? - powiedział Kłapouchy z goryczą.
- Ich wszystkich, i basta! - huknęła Sowa ze złością.
- Ach - westchnął Kłapouchy. - To z pewnością nieporozumienie, ale mimo to przyjdę. Tylko nie miejcie do mnie żalu, jeśli będzie padał deszcz. 
Ale deszcz nie padał. Ustawiono długi stół na trawie, pod drzewem, i wszyscy siedli dokoła. Krzyś usiadł na jednym końcu, a Puchatek na drugim, a między nimi z jednej strony siedziała Sowa Przemądrzała, Kłapouchy i Prosiaczek, a z drugiej - Królik i Mama-Kangurzyca z Maleństwem. A wszyscy krewni-i-znajomi Królika rozsiedli się na trawie i czekali z utęsknieniem, aby ktoś do nich przemówił albo coś zrzucił ze stołu, albo zapytał ich, która godzina.
Było to pierwsze przyjęcie, na jakim było Maleństwo. Toteż było ono z tego powodu niesłychanie przejęte. Gdy wszyscy zasiedli do stołu, Maleństwo zaczęło gadać:
- Jak się masz, Puchatku! - zapiszczało.
- Jak się masz, Maleństwo! - odpowiedział Puchatek. Maleństwo podskoczyło parę razy na swoim wysokim krzesełku i zaczęło znowu.
- Jak się masz, Prosiaczku! - zapiszczało.
Prosiaczek skinął mu tylko z daleka łapką, bo był zanadto zajęty, żeby cokolwiek powiedzieć.
- Jak się masz, Kłapouchy! - zapiszczało Maleństwo. Kłapouchy posępnie skinął głową.
- Zaraz będzie deszcz - powiedział - jeśli już nie pada. Maleństwo spojrzało, czy deszcz nie pada. A ponieważ nie padał, zapiszczało:
- Jak się masz, Sowo!
- Jak się masz, mały bąku! - odpowiedziała Sowa bardzo uprzejmie i dalej opowiadała Krzysiowi o pewnym wypadku, który o mało co nie przytrafił się jednej z jej przyjaciółek, której Krzyś nie znał; a Mama-Kangurzyca powiedziała do swego Maleństwa: - Najpierw wypij mleczko, kochanie, a potem rozmawiaj! - I maleństwo, które właśnie piło swoje mleczko, powiedziało, że ono może robić i jedno, i drugie naraz... i trzeba je było potem przewrócić na grzbiecik i dość długo suszyć. Gdy wszyscy już sobie dobrze
podjedli, Krzyś zastukał łyżką w stół i wszyscy zamilkli z wyjątkiem Maleństwa, które właśnie kończyło głośny atak czkawki i starało się zrobić taką minę, jakby się to wydarzyło jednemu z Krewnych-i-Znajomych Królika.
- Dzisiejsze przyjęcie - powiedział Krzyś - urządzone jest na cześć tego, co ktoś zrobił, i wszyscy wiemy, kto jest ten ktoś, i to jest jego przyjęcie, bo urządzone jest na cześć tego, co on zrobił. A ja mam dla niego prezent i zaraz mu go dam. - Potem rozejrzał się wokoło i szepnął: - Gdzie on mi się podział?
Kiedy Krzyś rozglądał się dokoła, Kłapouchy chrząknął znacząco i zaczął mówić.
- Przyjaciele - powiedział - i wy, licznie tu zgromadzone drobnostki. Jest to dla mnie przyjemność, a raczej była do tej chwili wielka przyjemność widzieć was na przyjęciu urządzonym na moją cześć. To, co zrobiłem, to nic wielkiego. Każde z was na moim miejscu, z wyjątkiem Królika i Sowy, i Kangurzycy,
zrobiłoby to samo. No i Puchatka też. Nie biorę tu, oczywiście, pod uwagę Maleństwa ani Prosiaczka, bo oni są jeszcze za mali. Każdy z was, powtarzam, na moim miejscu zrobiłby to samo. Lecz właśnie przydarzyło się to mnie. Nie chodzi mi wcale o to, muszę to powiedzieć z całą stanowczością, za czym rozgląda się w tej chwili Krzyś - to mówiąc przyłożył przednią łapę do pyska i rzekł głośnym szeptem: - Spróbuj poszukać pod stołem - lecz o to, że powinniście wszyscy robić wszystko, aby sobie wzajemnie pomagać. Czuję, że powinniśmy wszyscy...
- Hep! - wyrwało się Maleństwu.
- Fe, Maleństwo! - rzekła Kangurzyca z wymówką.
- Czy to ja? - spytało Maleństwo trochę zdziwione.
- O czym mówi Kłapouchy? - szepnął Prosiaczek do ucha Puchatkowi.
- Nie wiem - odparł z bólem Puchatek.
- Myślałem, że to przyjęcie jest na twoją cześć.
- Kiedyś i ja tak myślałem, ale teraz już nie.
- Wolałbym, żeby to było na twoją cześć niż na Kłapouchego - rzekł Prosiaczek.
- I ja też - powiedział Puchatek.
- Hep! - znów wyrwało się Maleństwu.
- JAK WŁAŚNIE MÓWIŁEM - ciągnął dalej dobitnie i uroczyście Kłapouchy - gdy mi przerwały różne głośne dźwięki, czuję, że powinniśmy...
- Mam, mam! - zawołał Krzyś z przejęciem. - Podajcie to najmilszemu, poczciwemu Puchatkowi. To dla niego.
- Dla Puchatka? - spytał Kłapouchy.
- Oczywiście, dla najlepszego Misia pod słońcem.
- No, cóż? Wiedziałem o tym z góry - westchnął Kłapouchy. - Oto są przyjaciele... Różnie bywa na tym świecie.
Ale nikt nie słuchał tego, co mówił Kłapouchy, bo co chwila rozlegały się okrzyki: "Otwórz to, Puchatku!", "Co tam jest, Puchatku?", "Nie wiem", "Ale ja wiem", "Nie, nie wiesz" - i tym podobne uwagi. A Puchatek otwierał paczuszkę, jak tylko mógł najprędzej, nie przecinając sznurka, bo nigdy nie
wiadomo, na co w domu może się przydać kawałek sznurka.
Gdy Puchatek zobaczył, co jest w paczuszce, o mało co nie przewrócił się z radości. Była to skrzyneczka kolorowych ołówków. Były tam ołówki oznaczone literami M. R. - to znaczy dla Misia Ratownika, na innych znów były litery D. M. - co oznaczało dla Dzielnego Misia. Był tam jeszcze scyzoryk do ostrzenia ołówków i gumka do wycierania tego wszystkiego, co się źle napisało, i linia do rysowania linijek, żeby na nich równo pisać słowa, i podziałka, zrobiona na linii, żeby można nią było wszystko wymierzyć, i Niebieskie Ołówki, i Czerwone Ołówki, i Zielone Ołówki, żeby mówić o rozmaitych rzeczach na niebiesko, na czerwono i na zielono. I każda z tych ślicznych rzeczy leżała w osobnej przegródce, a wieko skrzyneczki zakończone było zameczkiem, żeby można ją było zamknąć. I wszystko to było dla Puchatka.
- Ojej! - powiedział Puchatek.
- Ojej, Puchatku! - powiedzieli wszyscy z wyjątkiem Kłapouchego.
- Dziękuję - powiedział Puchatek.
A Kłapouchy powiedział pod nosem do siebie: - Jakieś sztuczki do pisania. Ołówki i coś tam jeszcze. Mocno przecenione, moim zdaniem. Bzdura. Nic ważnego. A później, gdy wszyscy się już pożegnali i podziękowali Krzysiowi, Puchatek z Prosiaczkiem w złocisty wieczór wracali zamyśleni do domu i przez
dłuższy czas milczeli.
- Powiedz, Puchatku - rzekł wreszcie Prosiaczek - co ty mówisz, jak się budzisz z samego rana?
- Mówię: "Co też dziś będzie na śniadanie?" - odpowiedział Puchatek. - A co ty mówisz, Prosiaczku?
- Ja mówię: "Ciekaw jestem, co się dzisiaj wydarzy ciekawego". Puchatek skinął łebkiem w zamyśleniu.
- To na jedno wychodzi - powiedział.
A co było potem? - spytał Krzyś.
- Kiedy?
- Nazajutrz rano.
- Nie wiem.
- Czy mógłbyś pomyśleć i kiedyś opowiedzieć mnie i Puchatkowi?
- Gdybyście bardzo tego chcieli...
- Puchatek bardzo chce - powiedział Krzyś.
Po czym westchnął głęboko, wziął swego Misia za łapkę i ciągnąc go za sobą, poszedł w stronę drzwi.
Na odchodnym obrócił się i powiedział:
- Czy możesz przyjść do mnie, jak będę w kąpieli?
- Mogę.
- A czy Puchatka skrzyneczka do ołówków była ładniejsza od mojej?
- Była zupełnie taka sama jak twoja, Krzysiu - odpowiedziałem. Krzyś kiwnął główką i wyszedł... a po chwili usłyszałem, jak Kubuś Puchatek - tuk- tuk-tuk - właził za nim po schodach.
A. A. Milne
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Drukuj