Pokazywanie postów oznaczonych etykietą urlop. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą urlop. Pokaż wszystkie posty

sobota, 12 października 2013

Poślij sześciolatka do szkoły a potem...

Jestem zdecydowanie przeciwna posyłaniu do szkół sześcioletnich dzieci. Moim zdaniem, pani "Szumidokołalas" zamiast wydawać miliony z moich podatków na durne spoty reklamowe, powinna skupić się na faktycznym przystosowaniu szkół podstawowych i nauczycieli na przyjęcie dzieci sześcioletnich. Tymczasem reforma leży sobie i kwiczy a pani minister dumnie przedstawia w telewizji dopasowane do swoich potrzeb statystyki.
Pomijając jednak wszelkie kwestie typu: nieprzystosowanie dziecka, nieprzystosowanie szkoły, kompletne nieprzygotowanie nauczycieli na pracę z dziećmi sześcioletnimi i inne argumenty, które zostały przemaglowane już tysiące razy, poruszę dzisiaj problem czysto praktyczny!
Problem ten to opieka nad dzieckiem. Z tą trudną kwestią zetknęłam się już pierwszego dnia szkoły! Co zrobić? Pracującym rodzicom nie pozostaje nic innego, jak tylko wziąć urlop! Uroczyste rozpoczęcie roku szkolnego, godzinka apelu, godzinka spraw organizacyjnych i do domu. Nauczyciele i uczniowie mają wolne.
Kolejny tydzień (w porywach do dwóch) września to całkowity chaos w planie lekcji. Nauczyciele pracują po dwie godziny dziennie, nikt nie potrafi powiedzieć, co będzie jutro i kiedy wreszcie zostanie ustalony ostateczny plan lekcji. Kolejne dni urlopu uciekają, świetlica nie działa, obiady nie są wydawane, ogólna rozpierducha trwa.
Pod koniec września kolejny dzień wolny od zajęć lekcyjnych - akcja "sprzątanie świata". W założeniu może i dobra, z praktyką różnie bywa:) Niemniej jednak jest to kolejny dzień wolny, bo dwie godziny lekcyjne (czyli 1,5 godziny zegarowej) ciężko nazwać dniem pracującym.
Tymczasem niepostrzeżenie nadchodzi październik a wraz z nim tzw. dzień nauczyciela (poprawnie: Dzień Edukacji Narodowej, choć sami nauczyciele rzadko o tym wiedzą). Od kilkunastu lat dzień ten ustawowo wolny jest od zajęć dydaktycznych. Dla większości nauczycieli oznacza to po prostu kolejny dzień wolny, a dla zwykłego obywatela mającego do dyspozycji jedynie 26 dni urlopu w roku, następny dzień, w którym kombinuje, jakby tu zapewnić dziecku opiekę.
Co więcej: dzień wcześniej lub później wypada urządzić akademię, która jest kolejnym powodem do skrócenia lub wręcz odwołania lekcji! No i mamy następny dzień urlopu w plecy...
Dalej jest tylko gorzej. Listopad wprawdzie wypada ulgowo, ale nie daj boże, jeśli 1 lub 11 wypada w czwartek lub we wtorek. Wtedy znowu poprzedzający dane święto poniedziałek lub następujący po dniu świątecznym piątek jest przeważnie wolny. Umożliwia to rozporządzenie dające dyrektorom szkół do dyspozycji 10 dodatkowych dni wolnych do ustalenia w związku z organizacją pracy szkoły.
O grudniu nawet nie wspomnę, bo szkoda słów. Od stycznia znowu następuje kupa wolnego począwszy od ferii zimowych, poprzez rekolekcje, ferie wielkanocne, dni wolne z okazji egzaminów zewnętrznych (najpierw próbnych a potem zasadniczych) na dwumiesięcznych wakacjach kończąc.
Do tego wszystkiego dodać należy różne święta okolicznościowe typu: dzień chłopaka, dzień kobiet, mikołajki, andrzejki, walentynki, ostatki, zapusty, odpusty i inne chuje-muje...
Nawet jeśli wszystkie dni wolne wymagające opieki nad dzieckiem pomnoży się przez dwójkę pracujących rodziców (26x2=52), to i tak nie wystarczy to nawet na połowę dni wolnych od zajęć lekcyjnych. Dla rodziców nie posiadających niepracujących i nudzących się w domu babć i dziadków gotowych z uśmiechem na ustach zapitalać w te i nazad co dwie godziny, albo rzucających wszystkie swoje zajęcia i poświęcających się opiece nad wnukami, kalendarz roku szkolnego jest absolutnie nie do ogarnięcia!
Wypadałoby powiedzieć: Poślij sześciolatka do szkoły a potem zwolnij się z pracy, żeby się nim zająć! Totalna paranoja!


P.S. Moje starsze dziecko poszło do szkoły w wieku lat siedmiu! Moje młodsze dziecko również pójdzie do szkoły w wieku lat siedmiu, chyba że samo zdecyduje inaczej!

post signature

środa, 31 lipca 2013

Czekanie...

Czeka na mnie:
- trzy kilogramy wiśni, z których zamierzam zrobić konfiturę,
- pięć kilo ogórków plus tradycyjny zestaw do ich kiszenia, czyli zajebiście pachnący koper, czosnek, korzeń chrzanu plus jego liście i do smaczku liście porzeczki, dębu i winogrona, bo podobno też dobrze robią ogórkom:)
- dziesięć metrów siatki i kłębek drutu do osiatkowania balkonu w celu uniknięcia samobójczej śmierci kota,
- wyrwana ze ściany w łazience półeczka "podlusterkowa", bo Nikodem chciał obejrzeć swoją facjatę i się na niej powiesił,
- nienapisany post z relacją z naszych wakacyjnych wojaży,
- trzy kwiatki wymagające natychmiastowego przesadzenia,
- nowy dowód osobisty do odebrania w urzędzie miasta,
- i tysiąc innych rzeczy, które zaplanowałam na czas urlopu.
I tak sobie właśnie myślę, że to wszystko może sobie spokojnie poczekać do piątku, kiedy to "stary" wróci z roboty i zajmie się tym całym bałaganem:) Bo jeszcze się od pracy odzwyczai i potem będzie problem!
No dobra - wiśnie mogą nie doczekać, więc może się nimi zajmę, post nie ucieknie, a dowód osobisty tym bardziej nie wyparuje - niech sobie nabiera mocy urzędowej. Ja w końcu, do cholery, na urlopie jestem, pier...olę, nie robię! Wolę sobie zdjęcia z wakacji pooglądać:)


post signature

niedziela, 14 lipca 2013

Jak się pakować, żeby nie zwariować...

Za tydzień (czyli w następny poniedziałek) wyjeżdżamy sobie na wczasy nad jeziorko. Już nie mogę się doczekać, choć wiem, że z dwójką łupieży niespecjalnie sobie odpocznę:)
Oczywiście najbardziej przerażającym elementem każdego wakacyjnego wyjazdu jest pakowanie! Kiedyś, w zamierzchłych czasach mojej młodości, wychodziłam z założenia, że najważniejszą rzeczą do zabrania na wczasy jest szczoteczka do zębów:) Jeśli masz szczoteczkę do zębów, to masz już wszystko! Całą resztę można sobie najzwyczajniej w świecie dokupić. Nie wiem dlaczego uważałam, że szczoteczki do zębów dokupić się nie da...
Dzisiaj moje spojrzenie na wakacyjne pakowanie walizek przedstawia się zgoła inaczej. Wiadomo - małe dzieci to zupełnie inne potrzeby. Poza tym, po co wydawać pieniądze na coś, co można zabrać z domu? Na wakacjach pieniądze wydaje się na atrakcje, a nie na papier toaletowy!
Niemniej jednak spakować się trzeba i od dzisiaj zaczynamy tworzyć listę rzeczy, które koniecznie musimy zabrać ze sobą.

Mój patent na wakacyjne pakowanie przedstawia się tak:
Poczynając od samego rana analizuję każdą wykonywaną przez nas czynność i zastanawiam się, czy czynność ta będzie możliwa do wykonania w warunkach domku letniskowego. Przykładowo: poranne mycie wymaga łazienki, bieżącej wody, akcesoriów toaletowych i ręcznika.
Łazienka z bieżącą wodą na pewno będzie, należy więc pamiętać tylko o ręcznikach i przyborach kosmetycznych. Wszelkie przedmioty, których ośrodek wczasowy na pewno nam nie zapewni trafiają od razu na naszą listę. Najłatwiej wszak zapomnieć o rzeczach najbardziej oczywistych:)

Do tych wszystkich przedmiotów codziennego użytku należy oczywiście dodać całą tonę ciuchów (dopasowanych do naszego klimatu, czyli od kostiumu kąpielowego poczynając, poprzez koszulki, spodnie, szorty i bluzy na kurtkach i kaloszach kończąc) oraz wszelkie akcesoria plażowe, tj. dmuchane kółka, rękawki, materace, wiaderka, łopatki i inne cuda.

Osobny rozdział stanowią wszelkie urządzenia techniczne niezbędne do normalnego funkcjonowania w dzisiejszym świecie, czyli:
- telefon komórkowy,
- ładowarka do telefonu komórkowego,
- aparat fotograficzny,
- kabel do aparatu fotograficznego plus ładowarka do baterii,
- psp,
- ładowarka do psp,
- laptop,
- ładowarka do laptopa...
Same te ładowarki zajmą chyba pół bagażnika! Dobrze, że nie jedziemy pociągiem...


A i tak pewnie o tysiącu niezbędnych rzeczy najzwyczajniej w świecie zapomnę:)

post signature

środa, 4 kwietnia 2012

Kaszlący Nikodem

Zadzwonili dzisiaj do mnie z przedszkola, że Nikodem strasznie brzydko kaszle. Poleciałam w te pędy i faktycznie - dycha, jak stary gruźlik. Okropne, męczące, suche kaszlisko:( I to praktycznie bez żadnej niemalże przerwy.
Polecieliśmy do lekarza - diagnoza: zapalenie oskrzeli. Dostał antybiotyk i syrop. I przykazanie leżenia w łóżku, hehehehe. Chyba, jak Go przywiążę:)
Nikodem bardzo zadowolony, bo u lekarza dostał oczywiście naklejkę, a w aptece wyłudził próbki żelek witaminek i cały stos malowanek (bo jeszcze dla siostry).
Zwolnienia nie brałam. Na czwartek i piątek wzięłam sobie urlop i będziemy siedzieć w domu. Pogoda i tak do spacerów nie zachęca, więc przynajmniej nie będzie Mu żal słoneczka:) Może uda mi się w końcu w spokoju dokończyć robienie porządków, chociaż na razie się nie zapowiada, bo zostałam zapędzona do układania puzzli:)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Drukuj