Godzina 6.00 rano. Ktoś szarpie mnie delikatnie za ramię i teatralnym szeptem oznajmia:
- Mamooooo! Już rano!
To Lenka.
- Jakie znowu rano? Ciemno jest! Idź spać!
- Ale mamo! Mamy zadanie na dzisiaj do wykonania!
- Jakie znowu zadanie??? - mamroczę na wpół obudzona.
- No z kalendarza! Musimy iść do biblioteki!!!
No żesz w mordę go i nożem!!! Gdybym wiedziała, jakie konsekwencje będzie miał adwentowy kalendarz, w życiu bym go nie zrobiła!
- O 6.00 rano chcesz iść do biblioteki??? Otwierają dopiero o 10.00. Idź spać!
Poszła...
Godzina 6.05. Ktoś szarpie mnie delikatnie za ramię i teatralnym szeptem pyta:
- Mamo, czy już jest 10.00???
Nie, do jasnej cholery! Jest 6.05 rano w sobotę, za oknem ciemno, jak w dupie, mam dzisiaj wolne, nie muszę się zrywać bladym świtem, chcę spać!
Spokojnie, tylko spokojnie...
- Nie, Kochanie, do dziesiątej jeszcze całe mnóstwo czasu, idź spać!
Godzina 6.15.
- Mamoooooooo...
- Nie!!! Jeszcze nie ma dziesiątej! - chyba spalę ten cholerny kalendarz.